Nie rób z gęby cholewy

81823243_0601636f32_o

“Trzej muszkieterowie” – klasyk Aleksandra Dumasa, temat powtarzany w filmach, na wschodzie i na zachodzie, w kreskówkach, w serialach i drogich hollywoodzkich produkcjach. Trzech mężnych ludzi, kierujących się zasadą: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Honor, pojedynki, słowem to wszystko, o czym marzy każda białogłowa, która choć raz przeczytała albo obejrzała romans, bądź ostatecznie romantyczną komedię. O honor, swój, kobiety, rodziny, królowej, muszkieter walczył pojedynkował się i był gotowy za niego umrzeć.

Po drugiej stronie globu, w Kraju Kwitnącej Wiśni samurajowie stworzyli Bushido, kodeks kierujący się 7 zasadami:

  • Chugi – umiejętność bezwzględnego oddania się sprawie i pobory wobec zwierzchników
  • Gi – absolutna równowaga ducha i myśli.
  • Jin – miłość i wola pomocy światu.
  • Makoto – wiara w siebie i innych oraz przede wszystkim szczerość.
  • Mieyo – budowanie własnej, doskonałej postawy wobec świata.
  • Rei – grzeczność, kultura, odpowiednie zachowanie.
  • Yu – odwaga i brak strachu.
  • Ko – troska i szacunek dla rodziców.
  • Shin – prawda.

Znowu honor, znowu prawda i szczerość. Plus parę dodatków, na których bazowała feudalna Japonia.

Dzisiejsze społeczeństwo zostało totalnie rozbrojone, więc pojedynkujący się na szable czy pistolety razem z sekundantami bardzo szybko wylądowaliby na komisariacie, a potem w domu wariatów. Może wcześniej film przypadkowego przechodnia znalazły swoje zasłużone miejsca na youtube jako totalna ciekawostka z podejrzeniem produkcji filmowej, randki w ciemno albo reality show.

Biorąc na tapetę jeden z elementów rycerskości: szczerość, prawdę i dotrzymywanie słowa– nic nie stoi na przeszkodzie by dziś spełniać zasadę Makoto i Shin. Odpada co prawda parę zawodów lubujących się w kłamstwie i oszustwach: prawnik, sprzedawca ubezpieczeń i usług finansowych, mainstreamowy dziennikarz, producent reklam oraz oczywiście polityk. Pozostaje nadal ogromna pula zajęć, w których każdy nie będący chronicznym kłamcą niczym bohater grany przez Jima Carry’ego, mógłby się całkiem nieźle odnaleźć. Ergo, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zostać dzisiejszą wersją d’Artagnana.

A jednak nie. Dotrzymywanie słowa czy szczerość nie pojawiły się na liście top 5 a nawet top 10 cech mężczyzny bądź kobiety. Modna jest polityczna poprawność, o której wcześniej już pisałem i taki sposób rozmowy, aby wszyscy czuli się super.

Mistrzowski poziom w tej dziedzinie osiąga język francuski. Pytając Francuza o to czy przyjdzie na twoja imprezę musisz zachować rewolucyjną czujność. Jeśli odpowie: normalement (normalna sprawa), certainement (zdecydowanie) lub sans doubt (bez wątpienia) tzn “może“. Nie wiem jak musi funkcjonować mózg człowieka, żeby łączyć ze sobą te słowa – George Orwell nazywał takie coś dwójmyśleniem, ale jako Anglik był przyzwyczajony do precyzji języka. Pewność, że gość na imprezę zawita daje jedynie sformułowanie sans aucune doubt (bez żadnej wątpliwości). To tylko przykłady, których na pewno język Balzaca i Camus oferuje więcej. Nic dziwnego, że nazywany jest językiem miłości i dyplomacji.

Debata, nawet nie publiczna, ale salonowa, aby nie zostać uznana za prymitywna musi wystrzegać się tematów, które są uznane za passe. Za mowę nienawiści został uznany wierszyk” Murzynek Bambo w Afryce mieszka…”, we Francji nazwa ciastka murzynek również została zmieniona. Podejmowanie tematu różnicy płci i ich zarobków to temat tabu, chyba, że mówi się jak to kobiety maja źle. Podobnie temat wagi, jeśli siedzisz naprzeciwko osoby sumiennie podchodzącej do tematu budowania masy i ignorującej jednocześnie rzeźbę, co daje coś między 150-200kg, to jakakolwiek uwaga dotycząca tego tematu będzie uznana za body shamming. Co z tego, że ryzyko cukrzycy i chorób serca się zwiększa, wszyscy jesteśmy piękni tacy, jacy jesteśmy.

Temat wagi to w ogóle pole minowe. Zawsze rozbrajało mnie pytanie kobiety o to czy w danej sukience wygląda grubo. Nigdy nie zadaje go kobieta, która po postu jest szczupła. Każda odpowiedź jest zła: “tak” – tzn. uważasz ją za grubą – śpisz na sofie, “nie” – a ludzie na przyjęciu zauważą fałdkę bądź fałdę tu i tam – czemu jej nie powiedziałeś? – śpisz na sofie. Jeśli spanie na sofie ci przeszkadza – odpowiedz, “mi się podobasz”.

Znanego z filmów o amerykańskich sądach mówienia: prawdy, całej prawdy i wyłącznie prawdy (the truth all the truth and nothing but the truth) praktycznie się nie spotyka. Za wersję najbardziej do tego zbliżoną można uznać brak kłamstwa. Reszta to koloryzowanie, kalibrowanie, przemilczanie etc. niemiłych elementów. Nikt nie jest szczery za to wszyscy czują się wspaniale. Czyżby konstrukcja psychiczna dzisiejszego człowieka była tak krucha, że szczera opinia zdmuchnie jego pozytywna nastawienie jak tornado domek z kart? Czy w imię klepania się po ramieniu, wymiany głasków i sztucznych uśmiechów musimy zrezygnować ze szczerości?

Innym elementem gry pozorów jest opowiadanie nietworzonych historii. Słyszałem opowieści ludzi, którzy znaleźli w Alpach na nartach sztabkę złota, palili papierosa przy wraku swojego rozbitego samolotu, czy byli snajperami w Afganistanie nie wychylając nigdy nosa z Warszawy. Przyjaciel dobrze znanego wszystkim Wiedźmina Geralta – Jaskier mówił, że opowiadać trzeba niekoniecznie prawdziwie, ale ciekawie, chyba jednak istnieją jakieś granice dobrego smaku? Chociaż bardziej niż o mitomanii opowiadającego, świadczą takie historie o IQ słuchaczy.

Również kompletnie nie rozumiem zjawiska udawania innego wyglądu w necie. Znam osoby, zwłaszcza kobiety, które nad makijażem, przygotowaniem zdjęcia a potem photoshopem spędzają ogromne ilości godzin. Na koniec zaś ich zdjęcia lądują na instagramie, tinderze i badoo. Wyglądają tak ślicznie, że nogi rwą się same do biegu do Tiffaniego po obrączkę. Niestety przy poznaniu w realu absztyfikant prędzej obrączkę połknie niż założy ją na palec wybranki. Po co ta maskarada? Chodzi o lajki, o dopieszczenie swojego ego? Gdyby czas przeznaczony na upiększanie wirtualne wykorzystały na zbilansowanie diety, trochę ćwiczeń czy choćby wizytę u stylistki i kosmetyczki – skutek byłby realny i obrączka zamiast w przełyku wylądowałaby na palcu.

Pozostaję niepoprawnym zwolennikiem najgorszej prawdy nad najpiękniejsze kłamstwo i wiem, że należę do zdecydowanej mniejszości. Jedna z najważniejszych cech prowadzących do szczęścia to szczerość wobec samego siebie.

TGIF

baab89eb44741de968c20701bb3dfe0c

…czyli Dzięki Bogu Już Piątek.

Istnieje cała gama memów, rysunków, komiksów i filmów gloryfikujących piątki i oskarżających poniedziałki o wszystko, co w życiu najgorsze. Istnieje Blue Monday, poniedziałek, w którym popełnia się na świecie największą liczbę samobójstw. Im bliżej do weekendu tym morale populacji wyższe, niczym nastrój niedopitych imprezowiczów docierających do sklepu całodobowego. Powstała nawet sieć restauracji wielbiąca piątki, nazywając się TGI Friday. Uwielbienie dla piątku jest równie potężne, co nienawiść do poniedziałku.

Powód – niby oczywisty – pięciodniowy tydzień pracy – potem zasłużony weekend, wyjazd na działkę, chlanie na umór, modne miejscówki nad Wisłą, wyjazd na 2 dni do Paryża, Barcelony czy Mediolanu, a w wersji oszczędnej spokojny czas na pochłonięcie zaległych odcinków ulubionych seriali na Netflixie. Alleluja, radujmy się – dwa dni wolne. Po 48 godzinach wolności wracasz na pięć dni do kieratu – i tak przez kilkadziesiąt lat.

Nikt nie zadaje sobie pytania dlaczego tak jest, tylko wstaje, wychodzi z domu i pcha swój syzyfowy kamień codziennie na górę, 5 dni w tygodniu, 230 w roku i 10 000 w ciągu całego życia! Ktoś urodzony w PRLu, oglądając codziennie plakaty p.t. Praca najwyższą wartością człowieka miał do wyboru taśmę produkcyjną w fabryce albo kasę w GSie, więc nawet nie wiedział, że można inaczej, bo półtora kanału telewizyjnego TVP mu o tym nie powiedziało.

Dzisiaj jest trochę inaczej, w dobie globalizacji, american dream i kochania swojej pracy każdy ma szanse i możliwości. Media trąbią o millenialsach, mogących zostać kim chcą, nieograniczonych wyborach, młodych zakładających milionowe firmy i tworzących unicorny* w Dolinie Krzemowej, po prostu sielanka.

Jeśli jednak wybierzesz się do przysłowiowego Sosnowca albo Radomia ujrzysz obraz namalowany przez rzeczywistość odbiegający od dolce vita tak samo dalece jak Lady Gaga złapana przez paparazzi po dobrej imprezie, od jej zdjęcia w Vogue. Nad ranem widzisz ludzi ciągnących się niczym mgła nad zamulonym jeziorem do swoich ekscytujących zajęć w centrum logistycznym Amazona, na kasie w Biedronce albo jako sprzedawca ubezpieczeń. Dziwisz się, że jedynym ich marzeniem jest wrócić w piątek z roboty i zapomnieć o niej do poniedziałku?

George Orwell pisał, że zamienia się miejscami klasa średnia i wysoka a prole (czyli proletariusze) zostają prolami. Dziś nazywa się ich prekariuszami, walczy o nich Razem (w Polsce) i Podemos (w Hiszpani), ale zasada się nie zmienia. Nie ma znaczenia ile klawiszy na klawiaturze zetrze Thomas Piketty wypisując prace na temat niesprawiedliwości społecznych. Bogaci nie oddadzą władzy, nie zrezygnują ze swojej uprzywilejowanej pozycji, jeśli będzie trzeba zapłacą komu trzeba, a lobbyści i parlamentarzyści będą spędzać radośnie kolejne wakacje na ich jachtach. Historia pokazuje, że rewolucja kończy się z reguły tak samo dobrze jak rozpalanie przez harcerzy ogniska benzyną, szybki wybuch a potem sprawdzanie, który ma bardziej spalone brwi i włosy.

Można walczyć z całym światem, ale kończy się wtedy jak Don Kiszot. Można walczyć ze złem, które jest wokoło w najbliższej okolicy albo można walczyć chociaż o siebie. W życiu mamy to, na co się zgadzamy, jeśli bierzemy pracę za psie pieniądze i nie szukamy innych opcji to takie życie będziemy mieć. Jeśli ktoś uzna, że nauka jezyków obcych to dziwny wymysł, zamiast skończyć studia techniczne lepiej iść na turystykę i krajoznawstwo, uważa, że wyprawa w poszukiwaniu pracy do sąsiedniego miasta to przedsięwzięcie godne Krzysztofa Kolumba to jest sobie sam winien.

Ratowanie świata to ciężki kawałek chleba, bo świat bardzo nie chce być uratowany. Woli liczyć na łut szczęścia w loterii, zamiast cos zmienić. Bez ryzyka nie ma zabawy, są tego świadomi nawet wyznawcy YOLO, czyli żyjesz tylko raz.

A jednak codziennie rano jest tak jak śpiewał Kabaret Tey:

Ja was widziałem o świcie w tramwaju,
Bo powracałem luźno sobie z balu,

Zawsze myślałem, że rano w tych tramwajach,
Jest wesoluśko, że radość was upaja,
A tu Garbary, szare mary Tuchobole Zdrój,
Dlaczego? Ludu ty Mój?

W oryginale podmiot liryczny usiłuje zmienić ponure nastawienie współpasażerów

I jak ten natchniony poeta Horacy zawołałem…
LUDZIE!!! KOCHANI… COŚCIE TACY SMUTNI???
PRZECIE JEDZIECIE DO PRACY!!

ale pewnie dzis skończyłby na OIOMie, a w najlepszym wypadku jako dziwak na facebookowym filmie.

Może to nie poniedziałki są złe, tylko ludzie mają robotę do dupy?

* unicorn – start-up wyceniany na co najmniej miliard dolarów

Czy jesteś gotowy na sukces?

goldfish jumping out of the water

Proste, ale nieco podchwytliwe pytanie, które mógłby zadać Wojciech Mann w “Szansie na sukces” – czy jesteś gotowy na triumf, na wygraną, na zdobycie złotego medalu? Odpowiedź prosta – dla każdego, kto nie ma nic przeciwko odbieraniu medali na podium albo fleszom paparazzi na czerwonym dywanie. Taka osoba widzi tylko ostatni etap drogi, czyli radość z sukcesu i odbieranie pochwał i gratulacji.

Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie Mefistofeles, tak jak do Twardowskiego i obiecuje osiągnięcie sukcesu. Musisz tylko krwią podpisać cyrograf. Zgadzasz się? Małym druczkiem jest napisane, że przez 10 lat będziesz musiał go słuchać, a on jak po szynach zaprowadzi cię prosto na szczyt. 10 lat za sukces, warto?

Czy potrzebujesz diabła, żeby osiągnąć to, co chcesz?

Arnold Schwarzenegger – w wieku 15 lat zabrał się za siłownie; ćwiczył po 4h 7 dni w tygodniu a czasem, kiedy wychodził aż rzygał ze zmęczenia. W wieku 20 lat został Mr Uniwersum. Nie poszedł nawet na pogrzeb swojego ojca, bo jak twierdził ćwiczył do konkursu.

Henry Ford bankrutował 5 razy zanim udało mu się założyć Ford Motor Company, która odniosła sukces.

Harlanda Davida Sandersa pewnie nie kojarzysz, ale KFC znasz. Colonel Sanders był jego założycielem. Odwiedził 1009 restauracji, zanim pierwsza z nich zgodziła się użyć jego przepisu.

Vincent Van Gogh przez całe życie sprzedał tylko jeden obraz, do tego przyjacielowi I za niewielkie pieniądze. A dzisiaj zna go prawie każdy.

Każdy chce odbierać medale i nagrody, ale nie każdy jest świadomy ile energii i wysiłku jest potrzebne. Osiągnięcie czegoś wyjątkowego to krew, pot i łzy. To wielokrotne wychodzenie ze strefy komfortu, to ciągła walka ze światem i ze samym sobą.

Nawet jeśli nie mierzysz w sam szczyt osiągnięcie czegoś wyjątkowego nie jest za darmo. Przebiegnięcie maratonu to zdarte stopy, to kilometry na bieżni i w plenerze, czasem w deszczu. Znalezienie dobrej roboty to setki albo tysiące wysłanych CV. Granie na gitarze, nawet w przeciętnym zespole to godziny prób i palce zdarte od strun. Założenie własnej kancelarii prawniczej to tyranie po 12-16 godzin przez parę lat np. Baker & McKenzie aż zdobędziesz jakąś rozpoznawalność w branży.

Załóżmy, że przez parę ostatnich lat więcej czasu spędzałeś w restauracjach niż ćwicząc. Zebrałeś trochę kilo a jedyny rekord, jakim możesz się pochwalić to BMI przekraczające 30. Great success! Jak mawia Borat. A chciałbyś jednak trochę lepiej wyglądać, lekarz delikatnie sugeruje trochę ćwiczeń, a żona boi się spać w jednym łóżku, bo możesz ja śmiertelnie przygnieść. Wystarczy codziennie nastawić budzik o godzinę wcześniej, wstać i przepłynąć na początek parę długości basenu lub przetruchtać parę kilometrów i już będzie znaczna poprawa. Zdobędziesz się na to?

Każdy z nas jest do pewnego stopnia leniwy. Nikt nie lubi bólu, wysiłku i upokorzenia chyba, że akurat ma w sobie gen masochisty. Strefa komfortu ma przyjemny dotyk miękkiej pierzyny, ciepłej pidżamy i kota. Jakieś banalne wytłumaczenie: “zacznę pojutrze”, “dziś pada”, “jakiś zmęczony jestem” itd. zawsze się znajdzie.

Sukces, zanim zmaterializuje się w postaci czerwonego dywanu, medali, wywiadów i długiego szeregu cyfr na koncie to ciężka orka. Często nawet bardzo mało znaczący dywan, gratulacje od koleżanek i skromne cyfry na koncie wymagają zaciśnięcia zębów i pchania przed sobą kamienia jak Syzyf.

Zatem zapytam jeszcze raz: Czy jesteś gotowy na sukces?

Big Bang

b1187cddcf3e0ba719d852c5dc81677d_large

Według świętego Jana “Na początku było słowo”. Nauka zaś twierdzi, że 13.8 miliardów lat temu pustka wybuchła – z bardzo gęstej i gorącej osobliwości początkowej wyłonił się Wszechświat. Nie tydzień pracy Stwórcy urobionego w glinie po łokcie, nie powabna kobieta wyłaniająca się z morskiej piany i nie Yggdrasil, prastary jesion łączący dziewięć światów. Teorii opisujących ten moment jest sporo, najtęższe umysły tego świata dwoją i się i troją, aby wyjaśnić skąd, jak i po co pojawił się Wszechświat. Nadal mogą powiedzieć jedynie “Wiem, że nic nie wiem”. Liczby definiujące czas, energie, gęstość i inne stałe fizyczne w momencie powstania są niewyobrażalnie ogromne albo mikroskopowe jak np. temperatura 1.42 x 1032 kelwina albo 10−43 sekundy (dla Epoki Plancka). Dla porównania temperatura w środku Słońca to 1.5 x 1016 kelwina (czyli o połowę mniej zer) a światło, żeby dotrzeć z twojego smartfona do twojego oka potrzebuje 10−9 s.

Wyobraź sobie, że wiek Wszechświata to cały rok. Nie wiem ile masz lat, ale jeśli właśnie obchodzisz setne urodziny to oznacza, że w wieku Wszechświata urodziłeś się ćwierć sekundy przed północą w Sylwestra. Homo Sapiens, czyli współczesny człowiek pojawił się 7.5 minuty wcześniej. Jesteśmy na Ziemi i we Wszechświecie zjawiskiem nowym i dość krótkim.

Ilość gwiazd we Wszechświecie widzialnym to 300 tryliardów. Gdyby Mały Książę chciał spędzić na każdej z nich sekundę to musiałby żyć 700 tysięcy razy dłużej niż cały Wszechświat.

Ludzkość, ty i ja jesteśmy mikroskopijnie małym elementem. Wszechświat jest ogromny, ma jednak początek i prawdopodobnie też koniec. Nie jesteśmy dla niego nawet tak ważni jak jedna mała komórka naszego ciała dla nas. W skali, która znasz z Gwiezdnych Wojen i Star Treka nie należy się nam nawet status slumsu na peryferiach galaktyki. A jednak istniejemy. Przetrwaliśmy jako Homo Sapiens 200 tysięcy lat, historią sięgamy kilka tysięcy lat wstecz i nadal ją piszemy. Każdy z nas.

Można się skupić na wegetacji, codziennie chodzić do fabryki, wracać, oglądać telewizje, nie zauważać nawet jak dzieci z niemowlaków przeistaczają się w kilkulatki, nastolatki, obchodzą osiemnastkę, wyfruwają z domu, przyprowadzają żonę bądź męża. A potem pojawiają się wnuki. I nawet nie wiesz jak to się stało, że do drzwi puka ponury kosiarz. Nie przychodzi ani po chomika ani po kota, ale po ciebie.

Można spróbować przyłączyć się do tych, co rozwiązują zagadkę powstania Wszechświata, próbować zajrzeć w jego najdalszy zakątek albo w mikroskopijne przestrzenie atomów, rozbijać protony i podziwiać kwarki. Może gdzieś tam między wierszami rzeczywistości jest zapisany sens wszystkiego, może jest tam wizytówka tych, którzy są odpowiedzialni za powstanie rzeczywistości, może ich adres, pod który należy się udać, żeby wszystko zrozumieć.

Marzenia o nieśmiertelności są piękne. Żyć wiecznie… Może za kilkadziesiąt, kilkaset lat śmierć fizyczna nie będzie już problemem. Ale oznacza to tylko przesunięcie w czasie granicy śmierci. Słońce kiedyś zgaśnie, życie na Ziemi zniknie. Wszechświat wystygnie, a entropia rozproszy wszystkie ślady energii w nieskończonej nicości. Życie będzie musiało skapitulować. Perspektywa jest dość pesymistyczna. I nieodwracalna.

W odpowiednio długim horyzoncie czasu wszyscy jesteśmy martwi. Chyba, że znajdziemy odpowiedź na zagadkę skąd, jak i po co. Może warto się przyłączyć do poszukiwań?

Rozmowy o pogodzie…

f_and_p6

… czyli poprawność polityczna dla każdego.

Nocne Polaków rozmowy to wyjątkowa koncepcja. Wtedy najczęściej po kilku wódkach człowiek chętniej zdradza, co mu leży na wątrobie. Idealna metoda na pokłócenie się o partie polityczne, reprezentacje piłkarską, wyższość wódki nad piwem, imigrantami, pensja minimalną i każdy inny zapalny element naszej rzeczywistości. Szczerze, bez owijania w bawełnę, nadwrażliwy człowiek o słabszych nerwach poczuję się po takim wieczorze jak przejechany przez walec uczuć, szczególnie złości i nienawiści. Czasem oprócz obitej duszy można zakończyć dyskusje z obitą gębą, kiedy do argumentów słownych są dodane argumenty siłowe. Kto był na weselu w remizie to wie jak to się czasem kończy.

Na drugim biegunie rozmów są networkingowe spotkania np. w Brukseli. Tutaj wykazanie się szczerością w najmniejszym stopniu nie jest mile widziane. Można rozmawiać o pogodzie, o kuchni, która fascynują się wszyscy ostatecznie bieganiem, które staje się wszędzie coraz bardziej modne. Oczywiście, jeśli powiesz, że bieganie to domena czarnych zostaniesz uznany za rasistę, nawet, jeśli powiesz, że to Afroamerykanie i tak będzie to uznane za nietakt. Gdy wymsknie ci się z ust opinia, że kobiety są gorszymi biegaczkami, kierowcami czy kucharzami zostajesz szowinista i seksistą. Taka rozmowa to jak stąpanie po polu minowym, gdzie każde szczere słowo może eksplodować w twarz opinią chama i prostaka.

Zapytany How are you? albo Ça va? czyli Co słychać? nie możesz odpowiedzieć szczerze, bo zostaniesz uznany za niekulturalnego. Poprawna odpowiedź to super, extra albo rewelacyjnie. Nie ma znaczenia, czy właśnie wywalili cię z pracy, żona odeszła, chomik zdechł a dodatkowo ktoś ukradł ci rower. Pytającego kompletnie nie interesuje odpowiedź, ale rytuał nakazuje zapytać i poprawnie odpowiedzieć. Jakikolwiek przejaw szczerości albo wyjawiania swoich opinii na jakikolwiek istotny temat to wyraz prostactwa. Masz prowadzić small talk, czyli rozmowę o niczym. Szczerze możesz jedynie wymienić wizytówki i pogadać na temat jak by można razem zrobić biznes. Próba poruszenia jakiegokolwiek tematu, niosącego za sobą jakiekolwiek emocje to puszczanie bąków na sali balowej.

Tworzy się idylliczny obrazek społeczeństwa, które zachowuje się jakby wszystko było idealne. Nic złego się nie dzieje, bo tematów ryzykownych nikt nie porusza. Struś chowający głowę w piasek również nie widzi niebezpieczeństwa. W zasadzie w ogóle nic nie widzi. Polityczna poprawność to takie widzenie wszystkiego tak jak trzeba, bez emocji, bez wyrażania opinii. W wersji ekstremum, nie wolno przepuścić kobiety w drzwiach, powiedzieć jej komplementu lub podać płaszcza. Nie można nazwać ciastka murzynek bez posądzenia o rasizm, nie można wywiesić flagi w oknie bez posądzenia o nacjonalizm, a z terrorem można walczyć jedynie kredkami, bądź jedząc swoje ulubione fondue serowe przy Republique w Paryżu.

Społeczeństwo takie w przypadku terroryzmu czy nawet zwykłej klęski żywiołowej nie ma szans się obranić. Na przykład Norweg, Karsten Nordal Hauken został brutalnie zgwałcony przez uchodźcę z Somalii. Teraz jednak czuje się “głęboko winny”, że jego oprawca zostanie deportowany do swojego kraju pochodzenia. Jezus uznałby, że nadstawienie drugiego policzka, lub w tym przypadku pośladka, to cudowny gest, jednak z punktu widzenie Darwina i słynnego survival of the fittest jest to strzał w stopę. W Nowym Orleanie podczas powodzi wyszły na jaw zachowania zgoła odmienne od szlachetnego, gangi łupiły sklepy i mieszkania pakując splądrowany materiał na łódki, kiedy policja była zajęta ratowaniem ludzi. Co kraj to obyczaj. Przypuszczam jednak, że zdolność gangstera z USA do przeżycia w ciężkich warunkach przewyższa podobne umiejętności samarytanina z Norwegii.

Cywilizacja tępych osiłków stosujących prawo pięści nie przetrzyma próby czasu. Społeczeństwo udające, że wszystko jest ok, kiedy do idyllicznego obrazka brakuje sporo, skończy jak każda miłująca pokój osada najechana przez barbarzyńców. Prawa ewolucji są nieubłagane zarówno dla jednostki, dla społeczności a w końcu i dla całej cywilizacji. Ogon pawia pomaga podczas godów, ale jeśli będzie przeszkodą nie do pokonania w ucieczce przed drapieżnikami zniknie w ciągu jednego pokolenia. Polityczna poprawność to taki ogon, który powoduje, że wszyscy czują się dobrze, przekonują się, że drapieżników nie ma i dopóki jest bezpiecznie mogą mamić nim swoje wybranki. Ciekawe jak długo jego ciężar będzie można nosić bez większego zagrożenia…

Panie premierze, jak żyć?

Woher_kommen_wir_Wer_sind_wir_Wohin_gehen_wir

To nurtujące wszystkich pytanie zadają co jakiś czas wyborcy w różnych krajach na świecie, zwłaszcza wtedy, kiedy obecnego premiera nie lubią. Pytanie nie jest nowe, „Quo vadis?” pytał Henryk Sienkiewicz, „Where do we go from here?” śpiewa Richard Patrick z Filter, tytułowy obrazek ” D’où Venons Nous / Que Sommes Nous / Où Allons Nousnamalował Paul Gauguin. Nad sensem życia zastanawiali się już starożytni greccy filozofowie.

Ponad dwa millenia później stoimy w punkcie wyjścia. Uniwersalnej recepty nie ma, mimo, że masa domorosłych coachów twierdzi, że za jedyne kilkaset euro albo złotówek powiedzą ci jak być szczęśliwym. Oni znaleźli sposób na szczęście – zarabiać na naiwności innych. Charles Bukowski pisał: „Find what you love and let it kill you.” I chyba był najbliższy trafnej odpowiedzi. Ludzie są różni, mają różne talenty, różne wymagania i różny punkt startowy sprowadzający się do puli genów, miejsca urodzenia oraz wiedzy i gotówki odziedziczonej po rodzicach. Tylko tyle i aż tyle.

Człowiek urodzony w Sierra Leone (jeśli nie wiesz gdzie i co to jest – obejrzyj film “Krwawy diament”), będzie szczęśliwy jeśli ma co zjeść, ma coś do picia i miejsce do życia, gdzie nikt nie zabije jego i jego rodziny – o ile w ogóle takową ma. Posiadanie butów będzie dla niego skrajnym luksusem. Zblazowany hipster z Nowego Jorku, mieszkający na 20 piętrze w mieszkaniu po dziadku, 5 minut od Central Parku uzna za tragedię życiową, kiedy w jego ulubionym Starbucksie skończy się mleko sojowe do macchiato, wyleje żale na FB i będzie miał zjebany cały tydzień.  I obaj będą mieli racje, bo kto ma prawo oceniać ich opinie. To, że jeden z nich (zgadnij który) jest rozpieszczony niczym kot starej panny i ma dekiel zryty bardziej niż pustynia po ostrzale artyleryjskim pod Aleppo nie oznacza, że jego osobowość nie będzie cierpieć, a on autentycznie nie uznaje swojej sytuacji za koszmar. Nie chce nawet zgadywać jak by wyglądały odczyty stresu, gdyby go przenieść na miejsce tego pierwszego…

Neil Strauss tzw. “Style” napisał “Grę” – biblię PUA (Pick Up Arist, czyli podrywacz), dzięki której stał się guru wszystkich pryszczatych nastolatków na świecie. Testując swoje rutyny i ucząc swoich kursantów jak zaciągnąć do lóżka i dobrać się do majtek przeróżnych panien, przeleciał ogromną ilość modelek, hostess i innych dziewczyn, które nad swoimi biurkami wiesza spora ilość niezaspokojonych małolatów.  Każdy z nich uznałby, że to życie marzeń. Neil jednak doszedł do wniosku, że czas wyleczyć się z seksoholizmu i narkomanii, znaleźć sobie partnerkę na dłużej i mieć dziecko. Zamiast pisać o podrywaczach zabrał się za pisanie o samodoskonaleniu, stworzył kółko start-upowych przedsiębiorców i teraz zarabia na tym spore pieniądze.

Anne Rice, autorka lepszych i gorszych (w zależności od gustu czytelnika) książek o wampirach jak “Wywiad z wampirem” (nawet jeśli nie znasz książki to pewnie widziałeś film) opisujących historię Lestata et consortes w wieku około 60 lat z ateistki przemieniła się w zagorzałą orędowniczkę chrześcijaństwa potępiając swoje wcześniejsze bluźniercze dokonania.

Paul Gauguin (autor obrazka powyżej), dla odmiany, sprzedawał brezent, miał piątkę dzieci i był typowym przedstawicielem klasy średniej. Do czasu, kiedy doszedł do wniosku, że życie rodzinne nie jest dla niego. Po ponad 10 latach małżeństwa został pełnoetatowym malarzem, czego jego żona nie wytrzymała i zaleciła mu opuszczenie ogniska domowego, po czym przeniósł się na Martynikę i Tahiti. Tam razem z Van Goghiem i Degasem oddawali się miłości z młodymi wielbicielkami ich sztuki.

Przykładów można by mnożyć setki. Każdy z nich mówi tylko o jednym – nie ma złotego środka, nie ma jedynej słusznej drogi. Każdy, ty, ja, twoja mama, koledzy z wojska, Alessandra Ambrosio, Dan Bilzerian, Stephen Hawking i anonimowy bezdomny spod mostu w Sosnowcu musi sobie samodzielnie odpowiedzieć na to, co chce w życiu robić i jaki jest jego sens. Kiedyś było znaleźć ten sens o wiele łatwiej, bo wiara w życie pozagrobowe dość jednoznacznie mówiła, co trzeba robić, aby zostać zbawionym i żyć wiecznie w Valhalli, Hadesie czy niebie, otoczonym przez dziewice, druhów z pola bitwy, duchy kami, bądź zreinkarnować się jako istota wyższa niż chrabąszcz albo ryba. Dziś jest trudniej, kościoły są zamieniane w muzea, centra kultury i sztuki, puby i dyskoteki. Duchy zwierząt dawno przestały rozmawiać z ludźmi ze względu na ich niewłaściwe traktowanie. Nauka co chwile obala próby udowodnienia istnienia zjawisk paranormalnych, ale jeśli czujesz się na siłach “James Randi Educational Foundation” chętnie obdarzy cię milionem dolarów za pokazanie, że posiadasz nadludzkie moce. Do tej pory nikomu się nie udało.

Zostaliśmy więc pozostawieni samym sobie. Wielki Konstruktor, Architekt, Stwórca lub inna istota nie powie nam, co powinniśmy robić, aby być szczęśliwymi. Parę pomysłów, które przychodzą do głowy na szybko też niewiele pomagają:

  • Zbieranie dóbr doczesnych – na koniec umierasz, niczym Smaug na stosie złota lub bardziej praktycznie w kontem siedmio-, jeśli jesteś mniej ambitny, dziesięcio- albo dla bardziej ambitnych trzynastocyfrowym. Możesz też mieć sporo akcji, parę dzieł sztuki i kilka rezydencji. Po śmierci, twoi spadkobiercy się pokłócą – o ile miałeś czas na spłodzenie potomstwa. Jest tez plus – możesz kazać się zamrozić licząc na to, że ktoś cię ożywi za setki lat. Niestety, wymaga to sporo pracy, dużo oszczędzania, mnóstwo wchodzenia w tyłek klientom bądź szefostwu i generalnie bycia skurwysynem.
  • Przekazywanie genów – masz sporo dzieci – im więcej tym lepiej. Umiejętności podrywania – jeśli jesteś mężczyzna – przyda się bardzo, do tego zdolność zacierania po sobie śladów będzie nieodzowna , chyba że stać cię jak Colina Farrela na spore alimenty. Możesz też być osobą rodzinną i wychowywać dzieci w harmonii związku małżeńskiego dbając, nie tyle o ilość, co o jakość i szczęśliwość potomstwa.
  • Zostanie kimś ważnym – prezydentem, aktorem, bohaterem, poetą, malarzem, etc. Nazwą twoim imieniem ulicę, szpital czy lotnisko. Może nawet będą o tobie uczyć na historii a wikipedia będzie miała ładny długi wpis. Możesz też pozostawić po sobie parę dzieł sztuki, nowy ustrój albo przynieść wolność i demokrację barbarzyńcom.
  • Ratowanie zagrożonych gatunków roślin i zwierząt – niestety, sporo już wyginęło, jak choćby mamuty czy dinozaury – najwyraźniej nie przeżyły presji zmian środowiskowych. Ratowanie obecnie wymierających pewnie będzie miało podobny skutek.
  • Charytatywna pomoc innym ludziom – niektórzy twierdzą, że lepiej ratować zwierzęta np. koty, bo ludzie są źli i nie zasługują na pomoc, inni uważają, że człowiek to jednak człowiek. Ratowanie jednak ma jednak w sobie element tymczasowości, bo i tak każdy musi umrzeć.
  • Rozwój rasy ludzkiej – ten pomysł z punktu widzenia ewolucji jest chyba najlepszy, można dbać o środowisko, tworzyć wynalazki, w końcu posłać człowieka w kosmos, na Marsa, między gwiazdy. Możesz też szukać lekarstwa na raka, starość i inne przypadłości. Możesz tez myśleć o transhumanizmie i nieśmiertelności człowieka w przyszłości. Skutecznym narzędziem mogłaby być też eugenika, ale od czasu, kiedy zabrał się za nią Hitler jest passe. Dodatkowo, patrząc na to, w jakim kierunku ewoluuje rasa ludzka złapać się za głowę i zastanawiać czy w ogóle warto dbać o jej przetrwanie.

Bronnie Ware pracowała przez lata z ludźmi, którzy mieli umrzeć w ciągu kilku miesięcy, rozmawiała z nimi i ich przemyślenia spisała w książce „The Top Five Regrets of The Dying”. Ludzie na łożu śmierci żałowali głownie pięciu rzeczy:

  • że nie mieli więcej odwagi żyć życiem dla nich prawdziwym, a nie życiem, którego oczekiwali od nich inni,
  • że pracowali tak ciężko,
  • że nie mieli odwagi wyrażać swoich uczuć,
  • że nie pozostawali w kontakcie ze swoimi przyjaciółmi,
  • że nie pozwolili sobie być szczęśliwszymi.

Nikt nie żałował, że nie został prezydentem albo CEO. Osią spinającą to, co jest ważne byli ludzie i relacje, jakie z nimi mieli.

Wracając do tego, co mówił Bukowski – bądź szczery w tym, co myślisz. Kochaj to, co naprawdę kochasz, a nie to, co każą ci kochać inni. Jedyną wspólną cechą tego, co może uczynić człowieka szczęśliwszym to szczerość wobec samego siebie. Tylko ty znasz swoje uczucia, tylko ty wiesz, co cię kręci, tylko ty wiesz, co sprawia ci radość. Nie daj się przekonać innym, że jest to złe, nieodpowiednie albo co gorsza w swoim twoim wieku tego totalnie nie wypada robić.

I na koniec pamiętaj, że lepiej żałować tego, co się zrobiło, niż tego, że się nie spróbowało. Największym grzechem, który możesz popełnić jest bezczynność.

Empires rise, empires fall…

Fight-Club-1999

Imperia powstają, rosną, przeżywają rozkwit, a na koniec upadają. Historia lubi się powtarzać. Wczorajsze głosowanie w UK jest znakiem, znakiem, że świat się zmienia i coś, co było przyjmowane za pewnik wcale takie nie musi być.

Pewnie słyszałeś o Imperium Rzymskim, może o Złotej Ordzie, o Cesarstwie Chińskim, o Aleksandrze Wielkim. Może nawet czytałeś o potędze Anglii, Francji, Hiszpanii i Holandii w czasach kolonialnych. Dziś po nich pozostały tylko artefakty, sporo ruin w Europie po Rzymianach, Wielki Mur w Chinach, parę nazw, trochę ukradzionych dóbr z kolonii, pełne muzea w Paryżu i Londynie, nazwy miast w Azji i Ameryce. I tyle.

Cesarstwo Rzymskie upadło przez dekadencje i degrengoladę jego mieszkańców, podbite przez barbarzyńców, potem było prawie 1000 lat średniowiecza. Dzisiaj w Europie mamy uchodźców, którzy pełnią rolę Wizygotów i Ostrogtów. W tym samym czasie politycy się cieszą i opracowują maksymalny rozmiar spłuczki… Tytanic właśnie przywalił w górę lodową, orkiestra gra nadal, pary w drogich sukniach i smokingach wirują na parkiecie, przecież ten projekt jest niezatapialny, tylko idioci uciekają do szalup, tylko idioci głosują, za opuszczeniem okrętu.

Pamiętasz może rok 1929 i Czarny Piątek? Po nim przyszedł Wielki Kryzys, Wielka Depresja i wielkie bum w 1939. Każdy wie jak kończy się niezadowolenie mas, nad którymi pochyli się szaleniec i poprowadzi ich do walki z wrogiem. A może jednak nie każdy, bo wybory w krajach Europy pokazują, że jednak dotychczasowy establishment się niczego nie nauczył. Na korytarzach Komisji Europejskiej zasłyszałem dzisiaj: “To referendum pokazuje, że jest coraz więcej idiotów. Jest mi smutno z tego powodu.”. Żadnego uderzenia się w pierś, żadnego “Cholera, spierdoliliśmy coś, musimy się poprawić”, żadnej pokory, że może coś nie działa, że trzeba coś poprawić, żeby obywatele czuli, że Unia jednak im coś daje. Roztkliwiające filmy o EU za pieniądze podatnika najwyraźniej już nie wystarczają. Załoga wieży z kości słoniowej patrzy na okolicę jak Saruman z Isengardu i dziwi się, że ich wyimaginowane rozwiązania nie cieszą tłuszczy, że ubogacanie kulturowe nie cieszy obywateli i że ludzie już mają dość pięknych haseł, a chcą konkretnych rozwiązań u nich w domu, w miasteczku, w okolicy.

Nowe Średniowiecze nie jest dobrą opcją. Powtórzenie scenariusza z 1939 roku będzie jeszcze gorszą. Problem w tym, że świat nie będzie lepszy tylko dlatego, że ktoś uważa, że tak musi być. Ktoś musi tego dopilnować, a walka z terrorystami za pomocą kredek nie działa. Jeśli oczekujesz, że po wypuszczenie tygrysa z klatki będzie się on zachowywać jak miły kiciuś, bo przez rok puszczałeś mu filmy o Garfieldzie i Filemonie, to prawdopodobnie jesteś w błędzie. Może niektórzy nawet będą sobie z tym tygrysem zrobić selfika – jeden geniusz robił sobie taką słit focię z porywaczem samolotu na Cyprze. Jeśli zwierzak ich zeżre, to jest to najlepszy przykład na to, że Darwin miał rację i ewolucja działa, usuwając z puli genów te najgorsze.

Może jestem niepoprawnym optymistą, ale mam nadzieję, że Europa, która dostała żółta kartkę od Brytyjczyków jednak weźmie to sobie do serca, skończy wariackie tańce i w końcu zabierze się za łatanie kadłuba, w którym woda chlupocze coraz głośniej. Jeśli nie, na koniec nie pozostaną nam tylko słowa Greka Zorby: “Jaka piękna katastrofa”.

Pyrrusowe zwycięstwo…

526acec502cab.image…czyli czy zawsze warto mieć rację.

Król Epiru Pyrrus w roku 279 p.n.e. wygrał z Rzymianami bitwę pod Ausculum. Cały świat by o nim dawno zapomniał jako mało istotnym watażce, gdyby nie trzy i pół tysiąca ludzi, których wtedy stracił. Wygrał, ale po bitwie nie miał już wojska do prowadzenia wojny, więc zapakował się i grzecznie powrócił do Epiru. Rzymianie mogli odtrąbić wielki sukces legionów, imperium i czego tylko mieli ochotę. Na pamiątkę po nim pozostało określenie pyrrusowe zwycięstwo.

Na pewno czasem masz kontakt z ludźmi, z którymi musisz spędzać czas, mimo ewidentnej odmienności charakterów. Na przykład twój szef jest totalnym idiotą i otwarcie proponuje rozwiązania, na które każdy operujący logiką załapałby się za głowę a Arystoteles zapłakałby gorzkimi łzami. Piotr I Aleksiejewicz Wielki powiedział: “Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego.” Opcje są dwie, można zastosować się do zaleceń cara albo udowodnić szefowi za pomocą argumentów, zasad asertywności i innych psychologicznych narzędzi, że jest idiotą. Opcja numer jeden spowoduje, że będziesz miał spokój, opcja numer dwa da nawet chwilowe poczucie radości i zwycięstwa a docelowo poprowadzi cię tropem Pyrrusa. Pijąc piwo z orkami z Mordoru na Domaniewskiej i słuchając ich opowieści, dochodzę do wniosku, że potomkowie Pyrrusa najczęściej lądują w Bieszczadach albo w najlepszym wypadku na wysuniętej placówce pod Otwockiem, na polu walki zostają zaś głownie lisi i durnowaci. Osobiście uważam, że najważniejszy jest szacunek do samego siebie, ale wybór na koniec i tak należy do ciebie.

O pewne rzeczy warto walczyć: o honor, o szacunek, o najbliższych, ale jest również masa mało znaczących rzeczy, o które ludzie walczą z ogromnym zaangażowaniem i brutalnością. Potrafią się zwyzywać, obrazić się na siebie w imię racji. Obecnie idealnymi tematami na pozbycie się znajomych są PiS kontra KOD i imigranci. Poziom zaślepiania własną racją jest tak silne, że ludzie potrafią się znienawidzić tylko dlatego, że ktoś podlinkował głupi obrazek na FB. Co zabawne, ani logika, ani argumenty nie maja znaczenia – liczy się racja i wiara w nią, silna i niepodważalna. Jak już pisałem tydzień wcześniej nawet kibicowanie polskiej reprezentacji zostało uznane za mało demokratyczne…

Pół biedy, kiedy obrazisz się ze swoimi znajomymi na FB, często nawet ich nie widziałeś na żywo. Przychodzą, odchodzą, FB litując się nad użytkownikami nie pokazuje, kiedy ktoś “opuścił krąg znajomych”, prawdopodobnie dramatycznie ograniczając poziom depresji i ilość samobójstw wśród ogromnej ilości attention whore w sieci. O wiele gorzej jest jednak, jeśli kłótnie zaczynają pojawiać się w rodzinie, wśród bliskich przyjaciół, w związku. I często są to totalne pierdoły, które nie maja realnego wpływu na rzeczywistość, ale świadczą o racji. O tym, że wygrało się dysputę, o sukcesie, o poczuciu bycia lepszym. Sukces jest chwilowy, a druga strona często czuje się źle, stłamszona, gorsza. I najczęściej, jako będący silniejsi w logice wygrywają mężczyźni, a kobiety, jako mniej konfliktowe muszą potem odreagowywać stres wbijając szpile gdzie tylko można. Znasz ten obrazek? Nawet jeśli nie odnajdziesz w nim siebie to z pewnością zobaczysz w nim niektórych swoich znajomych. Często robi się to kompletnie nieświadomie. Wiem o tym, sam tak czasem mam.

Związek to nie dwójka osób patrzących na siebie, ale patrzących w tą sama stronę. Warto czasem się ugryźć w język i popatrzeć w innym kierunku, choćby się go już o widziało setki razy. Lepiej zatrzymać lawinę walki o rację w związku, zanim przybierze rozmiar na tyle duży, że jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi wszystkie ostoje rozsądku, zrozumienia i sympatii. Warto kłócić się z żona/mężem o Antoniego M. i jego broń elektromagnetyczną, obrazek z Ahmedem liczącym owce albo to czy Obama chciał się spotkać z szefem KODu? Ma to jakiekolwiek znaczenie? Równie dobrze można się pokłócić o to, który klub piłkarski jest lepszy. Tylko po co?

Koty to zwierzęta wielbione przez Egipcjan tysiące lat temu i dzisiaj przez stare panny. Ich posiadaczki są zafascynowane drobnymi łapkami, trącaniem nosem w nocy i mruczeniem do ucha. Koty, mają jednak i mniej piękna stronę. Nie chodzi o sikanie w najmniej odpowiednich miejscach albo wypluwanie kłaczków na najdroższy dostępny mebel (musza mieć jakiś szósty zmysł wyceny), ale o myśliwski instynkt. Przyniósł ci kiedyś kot prezent? Często będzie to ptak z przetrąconym skrzydłem albo mysz ze złamanym kręgosłupem. Będzie się nim bawił, będzie chciał żebyś to zrobił razem z nim i pewnie PETA mogłaby podciągnąć to pod znęcanie się nad zwierzętami. Jeśli nie jesteś w stanie wytrzymać kwestionowania swoich racji pomyśl, że jesteś takim kotem. Wiesz lepiej jak wygląda sytuacja, jesteś pewny swoich argumentów, ale pozwalasz innym poczuć się, jakby to oni wygrali. Jesteś tego tak pewien, że nie musisz jej udowadniać. To filozofia stosowana przez wszystkich mistrzów walki na Dalekim Wschodzie. Oni nie muszą walczyć, żeby wiedzieć, że wygrają. Oni są tego pewni.

Jacek Walkiewicz mówi: Lepiej być szczęśliwym, niż mieć rację. I w tym przypadku akurat on ma rację. Syndrom smerfa Ważniaka potrafi zaprowadzić w miejsce, gdzie będziemy czuć się jak Pyrrus, który właśnie pokonał przeciwnika. Niestety, poświęciliśmy wszystkich, z którymi moglibyśmy to zwycięstwo świętować, a gdybyśmy zerknęli wstecz przez ramię, zobaczymy za sobą ścielące się morze trupów.

Dom wariatów

ship-of-fools

Pisałem niedawno o dyskusjach z maszyną Trurla, czyli cytując Lema – najgłupszą maszyną rozumną na świecie. Wydawało mi się, że dyskusji z jej białkowymi klonami można uniknąć, co dramatycznie zmniejsza ryzyko eskalacji fizycznej bądź pęknięcia żyłki z nerwów i emocji. Myliłem się…. Okazuje się, że dom wariatów nie znajduje się gdzieś tam na uboczu realności i odsyła się tam jednostki specjalnie uzdolnione, ale wszyscy w tym domu wariatów jesteśmy i tylko czasem udaje nam się z niego wydostać niczym Alicja przez króliczą norę. Fuck logic!

Jeden z “amerykańskich” naukowców powiedział, że dopóki nie miał dostępu do Internetu nie wiedział, że na świecie jest tylu idiotów. W ciągu ostatnich kilku dni ktoś, pewni ci odpowiedzialni za chemtrailsy, musiał rozpylić w powietrzu ogromne ilości pochodnych LSD albo innych substancji psychoaktywnych, bo pokłady absurdalnych informacji atakujących ze wszystkich stron wzrosła niemiłosiernie. Można założyć, że Aszdziennik wypadnie z rynku z braku choćby trochę poważnych informacji.

Ostatnie wydarzenia związane z masakrą w Orlando, Euro 2016 i strajkami we Francji chyba jakoś zaburzyły fluidy w naszej republice bananowej nad Wisłą. Okazało się, że reprezentacja Polski jest za mało zróżnicowana etnicznie. Myślałby ktoś, że pewnie brakuje w niej Ślązaków, Kaszubów i Górali, ale nie – powinien w niej być następca Olisadebe, przynajmniej wg pewnego profesora ze Szczecina. Niestety, nie znalazł się żaden chętny o odpowiednich korzeniach. Kilka dni wcześniej Aszdziennik zamieścił dramat lewicowca, który zrobił selfika z flagą. Biedak bardzo chciał pokazać, że z całego serca kibicuje drużynie, ale bał się uznania za rasistę i narodowca. Uznałem to za całkiem zabawne. Do wczoraj…, kiedy to wzmiankowany wyżej profesor powiedział, że kibicowanie reprezentacji jest antydemokratyczne, świadczy o popieraniu naszego niedemokratycznego rządu oraz jest przejawem rasizmu i ksenofobii. Rzeczywistość przerosła wyobrażenia komików.

Zamach w Orlando – zabite 50 osób w gejowskim klubie. Tragedia. I jako taka powinna być potraktowana, z szacunkiem dla zmarłych i dla rodzin. I znowu, opary absurdu – z jednej strony Młodzież Wszechpolska cytująca Księgę Kapłańską (Stary Testament) o zabijaniu homoseksualistów – jak prawdziwi patrioci, z drugiej hashtag #PrayForOrlando. Nie wiem, do kogo oni chcą się modlić, skoro ten Bóg właśnie homoseksualistów każe zabijać? Poza panteonami greckim i rzymskim, znanymi z dość luźnego podejścia do seksu większość bóstw jednak gejów nie lubi….

Zaktywowali się też miłośnicy i przeciwnicy dostępu do broni. Jedni i drudzy stosują argumenty ad absurdum przerzucając się statystykami. Nie wiem czy lepsza jest oferta dostępu do broni maszynowej (a zwykłej kuszy nadal nie można sobie kupić) dla każdego i posiadania jej w domu, czy może jednak totalne rozbrojenie i walka na kredki z zamachami. Aby dodać pikanterii, równolegle z propozycjami rozbrojenia społeczeństwa, służby belgijskie zalecają policjantom zabieranie broni do domu, oczywiście dla bezpieczeństwa.

Nie mam przeciwko absurdowi i wariatom kompletnie nic – lubię ich wesoły folklor – memy z Macierewiczem nie drażnią mnie, rysunki Charlie Hebdo uznaje za zabawne. Jednak kiedy opary idiotyzmu atakują z każdej strony, od ludzi, z sieci, z TV, a czasem nawet otwierając lodówkę obawiam się wyskakującego wariata, to zaczynam mieć tego dość. I nawet pomysł “Pierdolnąć wszystko i wyjechać w Bieszczady” wydaje się interesujący. W porównaniu z resztą wiadomości, nawet oprawa Euro 2016 sprowadzająca się do porównania, która dziewczyna piłkarza ma fajniejszy biust i lepiej nastrzykany botox i slikon jest jak balsam dla duszy, jak aloesowy okład dla spalonego słońcem mózgu. Dodatkowo jest to okraszone newsem z pierwszej strony “Piłkarze zjedli śniadanie”. Brakowało mi tylko kolekcji hipsterskich zdjęć tego, co zjedli, ale widocznie nie karmią ich niczym, co przykułoby uwagę paparazzi.

Może gdybym wierzył w planetę Nubiru, przejście na większą gęstość rzeczywistości, Reptilian po drugiej stronie księżyca (to i tak lepsze niż faszyści) czy zamianę biegunów Ziemi, to by mi to tak bardzo nie przeszkadzało. Niestety geny obdarzyły mnie umysłem logicznym i analitycznym, który wzdryga się przed słuchaniem wielkich bzdur, które są jak słoń – co da się ignorować tak długo dopóki w pokoju zostaje jeszcze trochę miejsca. Gombrowicz nie przewidywał tak wielkiej intensywności gwałcenia przez uszy… Są rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom, nawet Albertowi Hofmannowi, który wynalazł LSD.

Minęło sporo lat od czasu gdy duet Gintrowski i Kaczmarski opisywał rzeczywistość, ale ich słowa nadal są aktualne:

A my nie chcemy uciekać stąd!
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory
Stanął w ogniu nasz wielki dom!
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych!

Nie bardzo wiem, czy po znalezieniu króliczej nory, w którą wpadła Alicja, po drugiej stronie znajdę zwykły ogród, czy jednak będzie tam czekać Zwariowany Kapelusznik i Kot z Cheshire.

Pożar w domu wariatów przybiera na intensywności…

Maszyna Trurla…

 

trurl…czyli dlaczego nie warto kłócić się z fanatykami.

Mówi się, że życie na trzeźwo jest nie do wytrzymania oraz, że ignorance is bliss. Oba fakty, da się łatwo połączyć – człowiek odurzony THC albo alkoholem etylowym myśli jakby mniej intensywnie, nie przeszkadza mu ból istnienia oraz głupota rasy ludzkiej. Łatwiej nie tylko zaakceptować rzeczywistość, ale i poglądy tych, którzy wyrażają swoje opinie zgodnie z zasada “nie wiem to się wypowiem”. Nie ma znaczenia czy chodzi im o PiS, KOD, Donalda Trumpa, Hillary Clinton, Juliena Assange’a czy jakiekolwiek inne elementy rzeczywistości, począwszy od ulubionej marki butów a skończywszy na aktualnym obecnie temacie piłki kopanej.

Uwielbiam Stanisława Lema. W jednej ze swoich Bajek Robotów[1] opisuje jak konstruktor Trurl stworzył najgłupszą maszynę rozumną na świecie – mającą osiem pięter. Maszyna upierała się, że dwa razy dwa równa się siedem. I żaden, ale to żaden argument nie potrafił przekonać jej, że jest inaczej. Klapaucujesz – czyli największy przyjaciel Trurla stwierdził po krótkiej demonstracji: Jest nie tylko wrażliwa i tępa, i uparta, ale także obraźliwa, a z taką ilością cech można już dopiąć niejednego! Lema zawsze podziwiałem za to, że potrafił przewidzieć zjawiska społeczne w przyszłości idące za rozwojem cywilizacji nie skupiając się na technikaliach. Tutaj nawet nie musiał sięgać w przyszłość, tępota, wrażliwość, upór i obraźliwość od zawsze potrafiły zdziałać cuda. Wracając do Trurla i Klapaucjusza – maszyna, wzburzona niemiłym traktowaniem przez pierwszego z nich oburza się, odmawia współpracy, aż w końcu wyrywa się z posad, aby go zabić. Równa przy tym ziemią jego laboratorium, pobliskie miasto, a na koniec zamyka konstruktorów w jaskini. Wpada w taki szał, że w końcu pobliska góra osypuje się na nią niszcząc ją dokumentnie. A jakie są jej ostatnie słowa w odpowiedzi na pytanie 2×2? Oczywiście: SIEDEM.

Zaglądając do sieci, słuchając ludzi w komunikacji miejskiej oraz wszędzie tam, gdzie wyboru interlokutorów nie ma, odnoszę nieodparte wrażenie, że Elon Musk i Stephen Hawking nie powinni już się martwić sztuczną inteligencją. Już dziś otacza nas ogromna ilość Maszyn Trurla. Osobniki podobnie fanatyczne i nie mające kompletnie pojęcia o temacie, na który się wypowiadają są wszędzie. Jeśli fakty i ich opinie się nie zgadzają, to tym gorzej dla faktów. Do wyboru jest kłamstwo, prowokacja i teoria spiskowa. Czasem ma miejsce boski test, jak na przykład kości dinozaurów podłożone celowo przez istotę wyższą, aby sprawdzić czy nie jesteśmy jak niewierny Tomasz. Również pozostałe cechy osobowościowe Maszyny Trurla są powielane: ogromna wrażliwość na jakąkolwiek krytykę, obrażanie się za wytknięcie nieznajomości czy uparte, wręcz fanatyczne trwanie przy swoich poglądach. Próba dyskusji często kończy się podobnie jak u Lema – mordobiciem, jeśli nie fizycznym to przynajmniej psychicznym albo mentalnym.

W dzisiejszych czasach świetlana kariera, którą dla najgłupszej maszyny rozumnej na świecie przewidywał Klapaucjusz – byłaby pewnikiem. Jako największy idiota na świecie, od swojego powstania, zostałaby wręcz skazana na sukces. Nie trzeba nawet sięgać tak głęboko jak Nagrody Darwina, które są niepowtarzalnym źródłem ludzkiej kreatywności, wystarczy otworzyć media społecznościowe. Również Dilbert i jego codzienne realne odpowiedniki w Mordorze potwierdza tą teorię w odmianie korporacyjnej.

Dyskusja z ludźmi, którzy są odporni na jakiekolwiek argumenty, za to ślepo wierzą w swoje opinie jest z reguły bezcelowa, chyba, że służy jako ciekawe doświadczenie psychologiczne w przypadku, gdy chcemy poznać nabywców garnków za kilka tysięcy złotych ewentualnie kołdry w tej samej cenie. Ciekawa psychologicznie może tez być próba poznania tzw. żelaznego elektoratu, jakiejkolwiek partii w dowolnym kraju. Natomiast, gdybyś chciał podjąć próbę przekonania takiego osobnika do swojej opinii za pomocą argumentów doradzam szczególna ostrożność, chyba, że nazywasz się Chuck Norris, herbatę pijesz zalewając torebkę w ustach wrzątkiem a zamiast jedzenia miodu żujesz pszczoły. Domeną Maszyn Trurla jest odpowiadania na siłę argumentów za pomocą argumentu siły zgodnie z przypadkiem opisanym przez Lema. Często kończy się w podobny sposób, czyli fizycznym wyczerpaniem albo unicestwieniem jednego z dyskutantów. I również w tym przypadku, jako ostatnie słowo w dyskusji usłyszysz jego własny odpowiednik liczby SIEDEM.

[1] http://solaris.lem.pl/ksiazki/beletrystyka/cyberiada/227-maszyna-trurla