Panie premierze, jak żyć?

Woher_kommen_wir_Wer_sind_wir_Wohin_gehen_wir

To nurtujące wszystkich pytanie zadają co jakiś czas wyborcy w różnych krajach na świecie, zwłaszcza wtedy, kiedy obecnego premiera nie lubią. Pytanie nie jest nowe, „Quo vadis?” pytał Henryk Sienkiewicz, „Where do we go from here?” śpiewa Richard Patrick z Filter, tytułowy obrazek ” D’où Venons Nous / Que Sommes Nous / Où Allons Nousnamalował Paul Gauguin. Nad sensem życia zastanawiali się już starożytni greccy filozofowie.

Ponad dwa millenia później stoimy w punkcie wyjścia. Uniwersalnej recepty nie ma, mimo, że masa domorosłych coachów twierdzi, że za jedyne kilkaset euro albo złotówek powiedzą ci jak być szczęśliwym. Oni znaleźli sposób na szczęście – zarabiać na naiwności innych. Charles Bukowski pisał: „Find what you love and let it kill you.” I chyba był najbliższy trafnej odpowiedzi. Ludzie są różni, mają różne talenty, różne wymagania i różny punkt startowy sprowadzający się do puli genów, miejsca urodzenia oraz wiedzy i gotówki odziedziczonej po rodzicach. Tylko tyle i aż tyle.

Człowiek urodzony w Sierra Leone (jeśli nie wiesz gdzie i co to jest – obejrzyj film “Krwawy diament”), będzie szczęśliwy jeśli ma co zjeść, ma coś do picia i miejsce do życia, gdzie nikt nie zabije jego i jego rodziny – o ile w ogóle takową ma. Posiadanie butów będzie dla niego skrajnym luksusem. Zblazowany hipster z Nowego Jorku, mieszkający na 20 piętrze w mieszkaniu po dziadku, 5 minut od Central Parku uzna za tragedię życiową, kiedy w jego ulubionym Starbucksie skończy się mleko sojowe do macchiato, wyleje żale na FB i będzie miał zjebany cały tydzień.  I obaj będą mieli racje, bo kto ma prawo oceniać ich opinie. To, że jeden z nich (zgadnij który) jest rozpieszczony niczym kot starej panny i ma dekiel zryty bardziej niż pustynia po ostrzale artyleryjskim pod Aleppo nie oznacza, że jego osobowość nie będzie cierpieć, a on autentycznie nie uznaje swojej sytuacji za koszmar. Nie chce nawet zgadywać jak by wyglądały odczyty stresu, gdyby go przenieść na miejsce tego pierwszego…

Neil Strauss tzw. “Style” napisał “Grę” – biblię PUA (Pick Up Arist, czyli podrywacz), dzięki której stał się guru wszystkich pryszczatych nastolatków na świecie. Testując swoje rutyny i ucząc swoich kursantów jak zaciągnąć do lóżka i dobrać się do majtek przeróżnych panien, przeleciał ogromną ilość modelek, hostess i innych dziewczyn, które nad swoimi biurkami wiesza spora ilość niezaspokojonych małolatów.  Każdy z nich uznałby, że to życie marzeń. Neil jednak doszedł do wniosku, że czas wyleczyć się z seksoholizmu i narkomanii, znaleźć sobie partnerkę na dłużej i mieć dziecko. Zamiast pisać o podrywaczach zabrał się za pisanie o samodoskonaleniu, stworzył kółko start-upowych przedsiębiorców i teraz zarabia na tym spore pieniądze.

Anne Rice, autorka lepszych i gorszych (w zależności od gustu czytelnika) książek o wampirach jak “Wywiad z wampirem” (nawet jeśli nie znasz książki to pewnie widziałeś film) opisujących historię Lestata et consortes w wieku około 60 lat z ateistki przemieniła się w zagorzałą orędowniczkę chrześcijaństwa potępiając swoje wcześniejsze bluźniercze dokonania.

Paul Gauguin (autor obrazka powyżej), dla odmiany, sprzedawał brezent, miał piątkę dzieci i był typowym przedstawicielem klasy średniej. Do czasu, kiedy doszedł do wniosku, że życie rodzinne nie jest dla niego. Po ponad 10 latach małżeństwa został pełnoetatowym malarzem, czego jego żona nie wytrzymała i zaleciła mu opuszczenie ogniska domowego, po czym przeniósł się na Martynikę i Tahiti. Tam razem z Van Goghiem i Degasem oddawali się miłości z młodymi wielbicielkami ich sztuki.

Przykładów można by mnożyć setki. Każdy z nich mówi tylko o jednym – nie ma złotego środka, nie ma jedynej słusznej drogi. Każdy, ty, ja, twoja mama, koledzy z wojska, Alessandra Ambrosio, Dan Bilzerian, Stephen Hawking i anonimowy bezdomny spod mostu w Sosnowcu musi sobie samodzielnie odpowiedzieć na to, co chce w życiu robić i jaki jest jego sens. Kiedyś było znaleźć ten sens o wiele łatwiej, bo wiara w życie pozagrobowe dość jednoznacznie mówiła, co trzeba robić, aby zostać zbawionym i żyć wiecznie w Valhalli, Hadesie czy niebie, otoczonym przez dziewice, druhów z pola bitwy, duchy kami, bądź zreinkarnować się jako istota wyższa niż chrabąszcz albo ryba. Dziś jest trudniej, kościoły są zamieniane w muzea, centra kultury i sztuki, puby i dyskoteki. Duchy zwierząt dawno przestały rozmawiać z ludźmi ze względu na ich niewłaściwe traktowanie. Nauka co chwile obala próby udowodnienia istnienia zjawisk paranormalnych, ale jeśli czujesz się na siłach “James Randi Educational Foundation” chętnie obdarzy cię milionem dolarów za pokazanie, że posiadasz nadludzkie moce. Do tej pory nikomu się nie udało.

Zostaliśmy więc pozostawieni samym sobie. Wielki Konstruktor, Architekt, Stwórca lub inna istota nie powie nam, co powinniśmy robić, aby być szczęśliwymi. Parę pomysłów, które przychodzą do głowy na szybko też niewiele pomagają:

  • Zbieranie dóbr doczesnych – na koniec umierasz, niczym Smaug na stosie złota lub bardziej praktycznie w kontem siedmio-, jeśli jesteś mniej ambitny, dziesięcio- albo dla bardziej ambitnych trzynastocyfrowym. Możesz też mieć sporo akcji, parę dzieł sztuki i kilka rezydencji. Po śmierci, twoi spadkobiercy się pokłócą – o ile miałeś czas na spłodzenie potomstwa. Jest tez plus – możesz kazać się zamrozić licząc na to, że ktoś cię ożywi za setki lat. Niestety, wymaga to sporo pracy, dużo oszczędzania, mnóstwo wchodzenia w tyłek klientom bądź szefostwu i generalnie bycia skurwysynem.
  • Przekazywanie genów – masz sporo dzieci – im więcej tym lepiej. Umiejętności podrywania – jeśli jesteś mężczyzna – przyda się bardzo, do tego zdolność zacierania po sobie śladów będzie nieodzowna , chyba że stać cię jak Colina Farrela na spore alimenty. Możesz też być osobą rodzinną i wychowywać dzieci w harmonii związku małżeńskiego dbając, nie tyle o ilość, co o jakość i szczęśliwość potomstwa.
  • Zostanie kimś ważnym – prezydentem, aktorem, bohaterem, poetą, malarzem, etc. Nazwą twoim imieniem ulicę, szpital czy lotnisko. Może nawet będą o tobie uczyć na historii a wikipedia będzie miała ładny długi wpis. Możesz też pozostawić po sobie parę dzieł sztuki, nowy ustrój albo przynieść wolność i demokrację barbarzyńcom.
  • Ratowanie zagrożonych gatunków roślin i zwierząt – niestety, sporo już wyginęło, jak choćby mamuty czy dinozaury – najwyraźniej nie przeżyły presji zmian środowiskowych. Ratowanie obecnie wymierających pewnie będzie miało podobny skutek.
  • Charytatywna pomoc innym ludziom – niektórzy twierdzą, że lepiej ratować zwierzęta np. koty, bo ludzie są źli i nie zasługują na pomoc, inni uważają, że człowiek to jednak człowiek. Ratowanie jednak ma jednak w sobie element tymczasowości, bo i tak każdy musi umrzeć.
  • Rozwój rasy ludzkiej – ten pomysł z punktu widzenia ewolucji jest chyba najlepszy, można dbać o środowisko, tworzyć wynalazki, w końcu posłać człowieka w kosmos, na Marsa, między gwiazdy. Możesz też szukać lekarstwa na raka, starość i inne przypadłości. Możesz tez myśleć o transhumanizmie i nieśmiertelności człowieka w przyszłości. Skutecznym narzędziem mogłaby być też eugenika, ale od czasu, kiedy zabrał się za nią Hitler jest passe. Dodatkowo, patrząc na to, w jakim kierunku ewoluuje rasa ludzka złapać się za głowę i zastanawiać czy w ogóle warto dbać o jej przetrwanie.

Bronnie Ware pracowała przez lata z ludźmi, którzy mieli umrzeć w ciągu kilku miesięcy, rozmawiała z nimi i ich przemyślenia spisała w książce „The Top Five Regrets of The Dying”. Ludzie na łożu śmierci żałowali głownie pięciu rzeczy:

  • że nie mieli więcej odwagi żyć życiem dla nich prawdziwym, a nie życiem, którego oczekiwali od nich inni,
  • że pracowali tak ciężko,
  • że nie mieli odwagi wyrażać swoich uczuć,
  • że nie pozostawali w kontakcie ze swoimi przyjaciółmi,
  • że nie pozwolili sobie być szczęśliwszymi.

Nikt nie żałował, że nie został prezydentem albo CEO. Osią spinającą to, co jest ważne byli ludzie i relacje, jakie z nimi mieli.

Wracając do tego, co mówił Bukowski – bądź szczery w tym, co myślisz. Kochaj to, co naprawdę kochasz, a nie to, co każą ci kochać inni. Jedyną wspólną cechą tego, co może uczynić człowieka szczęśliwszym to szczerość wobec samego siebie. Tylko ty znasz swoje uczucia, tylko ty wiesz, co cię kręci, tylko ty wiesz, co sprawia ci radość. Nie daj się przekonać innym, że jest to złe, nieodpowiednie albo co gorsza w swoim twoim wieku tego totalnie nie wypada robić.

I na koniec pamiętaj, że lepiej żałować tego, co się zrobiło, niż tego, że się nie spróbowało. Największym grzechem, który możesz popełnić jest bezczynność.

Empires rise, empires fall…

Fight-Club-1999

Imperia powstają, rosną, przeżywają rozkwit, a na koniec upadają. Historia lubi się powtarzać. Wczorajsze głosowanie w UK jest znakiem, znakiem, że świat się zmienia i coś, co było przyjmowane za pewnik wcale takie nie musi być.

Pewnie słyszałeś o Imperium Rzymskim, może o Złotej Ordzie, o Cesarstwie Chińskim, o Aleksandrze Wielkim. Może nawet czytałeś o potędze Anglii, Francji, Hiszpanii i Holandii w czasach kolonialnych. Dziś po nich pozostały tylko artefakty, sporo ruin w Europie po Rzymianach, Wielki Mur w Chinach, parę nazw, trochę ukradzionych dóbr z kolonii, pełne muzea w Paryżu i Londynie, nazwy miast w Azji i Ameryce. I tyle.

Cesarstwo Rzymskie upadło przez dekadencje i degrengoladę jego mieszkańców, podbite przez barbarzyńców, potem było prawie 1000 lat średniowiecza. Dzisiaj w Europie mamy uchodźców, którzy pełnią rolę Wizygotów i Ostrogtów. W tym samym czasie politycy się cieszą i opracowują maksymalny rozmiar spłuczki… Tytanic właśnie przywalił w górę lodową, orkiestra gra nadal, pary w drogich sukniach i smokingach wirują na parkiecie, przecież ten projekt jest niezatapialny, tylko idioci uciekają do szalup, tylko idioci głosują, za opuszczeniem okrętu.

Pamiętasz może rok 1929 i Czarny Piątek? Po nim przyszedł Wielki Kryzys, Wielka Depresja i wielkie bum w 1939. Każdy wie jak kończy się niezadowolenie mas, nad którymi pochyli się szaleniec i poprowadzi ich do walki z wrogiem. A może jednak nie każdy, bo wybory w krajach Europy pokazują, że jednak dotychczasowy establishment się niczego nie nauczył. Na korytarzach Komisji Europejskiej zasłyszałem dzisiaj: “To referendum pokazuje, że jest coraz więcej idiotów. Jest mi smutno z tego powodu.”. Żadnego uderzenia się w pierś, żadnego “Cholera, spierdoliliśmy coś, musimy się poprawić”, żadnej pokory, że może coś nie działa, że trzeba coś poprawić, żeby obywatele czuli, że Unia jednak im coś daje. Roztkliwiające filmy o EU za pieniądze podatnika najwyraźniej już nie wystarczają. Załoga wieży z kości słoniowej patrzy na okolicę jak Saruman z Isengardu i dziwi się, że ich wyimaginowane rozwiązania nie cieszą tłuszczy, że ubogacanie kulturowe nie cieszy obywateli i że ludzie już mają dość pięknych haseł, a chcą konkretnych rozwiązań u nich w domu, w miasteczku, w okolicy.

Nowe Średniowiecze nie jest dobrą opcją. Powtórzenie scenariusza z 1939 roku będzie jeszcze gorszą. Problem w tym, że świat nie będzie lepszy tylko dlatego, że ktoś uważa, że tak musi być. Ktoś musi tego dopilnować, a walka z terrorystami za pomocą kredek nie działa. Jeśli oczekujesz, że po wypuszczenie tygrysa z klatki będzie się on zachowywać jak miły kiciuś, bo przez rok puszczałeś mu filmy o Garfieldzie i Filemonie, to prawdopodobnie jesteś w błędzie. Może niektórzy nawet będą sobie z tym tygrysem zrobić selfika – jeden geniusz robił sobie taką słit focię z porywaczem samolotu na Cyprze. Jeśli zwierzak ich zeżre, to jest to najlepszy przykład na to, że Darwin miał rację i ewolucja działa, usuwając z puli genów te najgorsze.

Może jestem niepoprawnym optymistą, ale mam nadzieję, że Europa, która dostała żółta kartkę od Brytyjczyków jednak weźmie to sobie do serca, skończy wariackie tańce i w końcu zabierze się za łatanie kadłuba, w którym woda chlupocze coraz głośniej. Jeśli nie, na koniec nie pozostaną nam tylko słowa Greka Zorby: “Jaka piękna katastrofa”.

Pyrrusowe zwycięstwo…

526acec502cab.image…czyli czy zawsze warto mieć rację.

Król Epiru Pyrrus w roku 279 p.n.e. wygrał z Rzymianami bitwę pod Ausculum. Cały świat by o nim dawno zapomniał jako mało istotnym watażce, gdyby nie trzy i pół tysiąca ludzi, których wtedy stracił. Wygrał, ale po bitwie nie miał już wojska do prowadzenia wojny, więc zapakował się i grzecznie powrócił do Epiru. Rzymianie mogli odtrąbić wielki sukces legionów, imperium i czego tylko mieli ochotę. Na pamiątkę po nim pozostało określenie pyrrusowe zwycięstwo.

Na pewno czasem masz kontakt z ludźmi, z którymi musisz spędzać czas, mimo ewidentnej odmienności charakterów. Na przykład twój szef jest totalnym idiotą i otwarcie proponuje rozwiązania, na które każdy operujący logiką załapałby się za głowę a Arystoteles zapłakałby gorzkimi łzami. Piotr I Aleksiejewicz Wielki powiedział: “Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego.” Opcje są dwie, można zastosować się do zaleceń cara albo udowodnić szefowi za pomocą argumentów, zasad asertywności i innych psychologicznych narzędzi, że jest idiotą. Opcja numer jeden spowoduje, że będziesz miał spokój, opcja numer dwa da nawet chwilowe poczucie radości i zwycięstwa a docelowo poprowadzi cię tropem Pyrrusa. Pijąc piwo z orkami z Mordoru na Domaniewskiej i słuchając ich opowieści, dochodzę do wniosku, że potomkowie Pyrrusa najczęściej lądują w Bieszczadach albo w najlepszym wypadku na wysuniętej placówce pod Otwockiem, na polu walki zostają zaś głownie lisi i durnowaci. Osobiście uważam, że najważniejszy jest szacunek do samego siebie, ale wybór na koniec i tak należy do ciebie.

O pewne rzeczy warto walczyć: o honor, o szacunek, o najbliższych, ale jest również masa mało znaczących rzeczy, o które ludzie walczą z ogromnym zaangażowaniem i brutalnością. Potrafią się zwyzywać, obrazić się na siebie w imię racji. Obecnie idealnymi tematami na pozbycie się znajomych są PiS kontra KOD i imigranci. Poziom zaślepiania własną racją jest tak silne, że ludzie potrafią się znienawidzić tylko dlatego, że ktoś podlinkował głupi obrazek na FB. Co zabawne, ani logika, ani argumenty nie maja znaczenia – liczy się racja i wiara w nią, silna i niepodważalna. Jak już pisałem tydzień wcześniej nawet kibicowanie polskiej reprezentacji zostało uznane za mało demokratyczne…

Pół biedy, kiedy obrazisz się ze swoimi znajomymi na FB, często nawet ich nie widziałeś na żywo. Przychodzą, odchodzą, FB litując się nad użytkownikami nie pokazuje, kiedy ktoś “opuścił krąg znajomych”, prawdopodobnie dramatycznie ograniczając poziom depresji i ilość samobójstw wśród ogromnej ilości attention whore w sieci. O wiele gorzej jest jednak, jeśli kłótnie zaczynają pojawiać się w rodzinie, wśród bliskich przyjaciół, w związku. I często są to totalne pierdoły, które nie maja realnego wpływu na rzeczywistość, ale świadczą o racji. O tym, że wygrało się dysputę, o sukcesie, o poczuciu bycia lepszym. Sukces jest chwilowy, a druga strona często czuje się źle, stłamszona, gorsza. I najczęściej, jako będący silniejsi w logice wygrywają mężczyźni, a kobiety, jako mniej konfliktowe muszą potem odreagowywać stres wbijając szpile gdzie tylko można. Znasz ten obrazek? Nawet jeśli nie odnajdziesz w nim siebie to z pewnością zobaczysz w nim niektórych swoich znajomych. Często robi się to kompletnie nieświadomie. Wiem o tym, sam tak czasem mam.

Związek to nie dwójka osób patrzących na siebie, ale patrzących w tą sama stronę. Warto czasem się ugryźć w język i popatrzeć w innym kierunku, choćby się go już o widziało setki razy. Lepiej zatrzymać lawinę walki o rację w związku, zanim przybierze rozmiar na tyle duży, że jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi wszystkie ostoje rozsądku, zrozumienia i sympatii. Warto kłócić się z żona/mężem o Antoniego M. i jego broń elektromagnetyczną, obrazek z Ahmedem liczącym owce albo to czy Obama chciał się spotkać z szefem KODu? Ma to jakiekolwiek znaczenie? Równie dobrze można się pokłócić o to, który klub piłkarski jest lepszy. Tylko po co?

Koty to zwierzęta wielbione przez Egipcjan tysiące lat temu i dzisiaj przez stare panny. Ich posiadaczki są zafascynowane drobnymi łapkami, trącaniem nosem w nocy i mruczeniem do ucha. Koty, mają jednak i mniej piękna stronę. Nie chodzi o sikanie w najmniej odpowiednich miejscach albo wypluwanie kłaczków na najdroższy dostępny mebel (musza mieć jakiś szósty zmysł wyceny), ale o myśliwski instynkt. Przyniósł ci kiedyś kot prezent? Często będzie to ptak z przetrąconym skrzydłem albo mysz ze złamanym kręgosłupem. Będzie się nim bawił, będzie chciał żebyś to zrobił razem z nim i pewnie PETA mogłaby podciągnąć to pod znęcanie się nad zwierzętami. Jeśli nie jesteś w stanie wytrzymać kwestionowania swoich racji pomyśl, że jesteś takim kotem. Wiesz lepiej jak wygląda sytuacja, jesteś pewny swoich argumentów, ale pozwalasz innym poczuć się, jakby to oni wygrali. Jesteś tego tak pewien, że nie musisz jej udowadniać. To filozofia stosowana przez wszystkich mistrzów walki na Dalekim Wschodzie. Oni nie muszą walczyć, żeby wiedzieć, że wygrają. Oni są tego pewni.

Jacek Walkiewicz mówi: Lepiej być szczęśliwym, niż mieć rację. I w tym przypadku akurat on ma rację. Syndrom smerfa Ważniaka potrafi zaprowadzić w miejsce, gdzie będziemy czuć się jak Pyrrus, który właśnie pokonał przeciwnika. Niestety, poświęciliśmy wszystkich, z którymi moglibyśmy to zwycięstwo świętować, a gdybyśmy zerknęli wstecz przez ramię, zobaczymy za sobą ścielące się morze trupów.

Dom wariatów

ship-of-fools

Pisałem niedawno o dyskusjach z maszyną Trurla, czyli cytując Lema – najgłupszą maszyną rozumną na świecie. Wydawało mi się, że dyskusji z jej białkowymi klonami można uniknąć, co dramatycznie zmniejsza ryzyko eskalacji fizycznej bądź pęknięcia żyłki z nerwów i emocji. Myliłem się…. Okazuje się, że dom wariatów nie znajduje się gdzieś tam na uboczu realności i odsyła się tam jednostki specjalnie uzdolnione, ale wszyscy w tym domu wariatów jesteśmy i tylko czasem udaje nam się z niego wydostać niczym Alicja przez króliczą norę. Fuck logic!

Jeden z “amerykańskich” naukowców powiedział, że dopóki nie miał dostępu do Internetu nie wiedział, że na świecie jest tylu idiotów. W ciągu ostatnich kilku dni ktoś, pewni ci odpowiedzialni za chemtrailsy, musiał rozpylić w powietrzu ogromne ilości pochodnych LSD albo innych substancji psychoaktywnych, bo pokłady absurdalnych informacji atakujących ze wszystkich stron wzrosła niemiłosiernie. Można założyć, że Aszdziennik wypadnie z rynku z braku choćby trochę poważnych informacji.

Ostatnie wydarzenia związane z masakrą w Orlando, Euro 2016 i strajkami we Francji chyba jakoś zaburzyły fluidy w naszej republice bananowej nad Wisłą. Okazało się, że reprezentacja Polski jest za mało zróżnicowana etnicznie. Myślałby ktoś, że pewnie brakuje w niej Ślązaków, Kaszubów i Górali, ale nie – powinien w niej być następca Olisadebe, przynajmniej wg pewnego profesora ze Szczecina. Niestety, nie znalazł się żaden chętny o odpowiednich korzeniach. Kilka dni wcześniej Aszdziennik zamieścił dramat lewicowca, który zrobił selfika z flagą. Biedak bardzo chciał pokazać, że z całego serca kibicuje drużynie, ale bał się uznania za rasistę i narodowca. Uznałem to za całkiem zabawne. Do wczoraj…, kiedy to wzmiankowany wyżej profesor powiedział, że kibicowanie reprezentacji jest antydemokratyczne, świadczy o popieraniu naszego niedemokratycznego rządu oraz jest przejawem rasizmu i ksenofobii. Rzeczywistość przerosła wyobrażenia komików.

Zamach w Orlando – zabite 50 osób w gejowskim klubie. Tragedia. I jako taka powinna być potraktowana, z szacunkiem dla zmarłych i dla rodzin. I znowu, opary absurdu – z jednej strony Młodzież Wszechpolska cytująca Księgę Kapłańską (Stary Testament) o zabijaniu homoseksualistów – jak prawdziwi patrioci, z drugiej hashtag #PrayForOrlando. Nie wiem, do kogo oni chcą się modlić, skoro ten Bóg właśnie homoseksualistów każe zabijać? Poza panteonami greckim i rzymskim, znanymi z dość luźnego podejścia do seksu większość bóstw jednak gejów nie lubi….

Zaktywowali się też miłośnicy i przeciwnicy dostępu do broni. Jedni i drudzy stosują argumenty ad absurdum przerzucając się statystykami. Nie wiem czy lepsza jest oferta dostępu do broni maszynowej (a zwykłej kuszy nadal nie można sobie kupić) dla każdego i posiadania jej w domu, czy może jednak totalne rozbrojenie i walka na kredki z zamachami. Aby dodać pikanterii, równolegle z propozycjami rozbrojenia społeczeństwa, służby belgijskie zalecają policjantom zabieranie broni do domu, oczywiście dla bezpieczeństwa.

Nie mam przeciwko absurdowi i wariatom kompletnie nic – lubię ich wesoły folklor – memy z Macierewiczem nie drażnią mnie, rysunki Charlie Hebdo uznaje za zabawne. Jednak kiedy opary idiotyzmu atakują z każdej strony, od ludzi, z sieci, z TV, a czasem nawet otwierając lodówkę obawiam się wyskakującego wariata, to zaczynam mieć tego dość. I nawet pomysł “Pierdolnąć wszystko i wyjechać w Bieszczady” wydaje się interesujący. W porównaniu z resztą wiadomości, nawet oprawa Euro 2016 sprowadzająca się do porównania, która dziewczyna piłkarza ma fajniejszy biust i lepiej nastrzykany botox i slikon jest jak balsam dla duszy, jak aloesowy okład dla spalonego słońcem mózgu. Dodatkowo jest to okraszone newsem z pierwszej strony “Piłkarze zjedli śniadanie”. Brakowało mi tylko kolekcji hipsterskich zdjęć tego, co zjedli, ale widocznie nie karmią ich niczym, co przykułoby uwagę paparazzi.

Może gdybym wierzył w planetę Nubiru, przejście na większą gęstość rzeczywistości, Reptilian po drugiej stronie księżyca (to i tak lepsze niż faszyści) czy zamianę biegunów Ziemi, to by mi to tak bardzo nie przeszkadzało. Niestety geny obdarzyły mnie umysłem logicznym i analitycznym, który wzdryga się przed słuchaniem wielkich bzdur, które są jak słoń – co da się ignorować tak długo dopóki w pokoju zostaje jeszcze trochę miejsca. Gombrowicz nie przewidywał tak wielkiej intensywności gwałcenia przez uszy… Są rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom, nawet Albertowi Hofmannowi, który wynalazł LSD.

Minęło sporo lat od czasu gdy duet Gintrowski i Kaczmarski opisywał rzeczywistość, ale ich słowa nadal są aktualne:

A my nie chcemy uciekać stąd!
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory
Stanął w ogniu nasz wielki dom!
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych!

Nie bardzo wiem, czy po znalezieniu króliczej nory, w którą wpadła Alicja, po drugiej stronie znajdę zwykły ogród, czy jednak będzie tam czekać Zwariowany Kapelusznik i Kot z Cheshire.

Pożar w domu wariatów przybiera na intensywności…

Maszyna Trurla…

 

trurl…czyli dlaczego nie warto kłócić się z fanatykami.

Mówi się, że życie na trzeźwo jest nie do wytrzymania oraz, że ignorance is bliss. Oba fakty, da się łatwo połączyć – człowiek odurzony THC albo alkoholem etylowym myśli jakby mniej intensywnie, nie przeszkadza mu ból istnienia oraz głupota rasy ludzkiej. Łatwiej nie tylko zaakceptować rzeczywistość, ale i poglądy tych, którzy wyrażają swoje opinie zgodnie z zasada “nie wiem to się wypowiem”. Nie ma znaczenia czy chodzi im o PiS, KOD, Donalda Trumpa, Hillary Clinton, Juliena Assange’a czy jakiekolwiek inne elementy rzeczywistości, począwszy od ulubionej marki butów a skończywszy na aktualnym obecnie temacie piłki kopanej.

Uwielbiam Stanisława Lema. W jednej ze swoich Bajek Robotów[1] opisuje jak konstruktor Trurl stworzył najgłupszą maszynę rozumną na świecie – mającą osiem pięter. Maszyna upierała się, że dwa razy dwa równa się siedem. I żaden, ale to żaden argument nie potrafił przekonać jej, że jest inaczej. Klapaucujesz – czyli największy przyjaciel Trurla stwierdził po krótkiej demonstracji: Jest nie tylko wrażliwa i tępa, i uparta, ale także obraźliwa, a z taką ilością cech można już dopiąć niejednego! Lema zawsze podziwiałem za to, że potrafił przewidzieć zjawiska społeczne w przyszłości idące za rozwojem cywilizacji nie skupiając się na technikaliach. Tutaj nawet nie musiał sięgać w przyszłość, tępota, wrażliwość, upór i obraźliwość od zawsze potrafiły zdziałać cuda. Wracając do Trurla i Klapaucjusza – maszyna, wzburzona niemiłym traktowaniem przez pierwszego z nich oburza się, odmawia współpracy, aż w końcu wyrywa się z posad, aby go zabić. Równa przy tym ziemią jego laboratorium, pobliskie miasto, a na koniec zamyka konstruktorów w jaskini. Wpada w taki szał, że w końcu pobliska góra osypuje się na nią niszcząc ją dokumentnie. A jakie są jej ostatnie słowa w odpowiedzi na pytanie 2×2? Oczywiście: SIEDEM.

Zaglądając do sieci, słuchając ludzi w komunikacji miejskiej oraz wszędzie tam, gdzie wyboru interlokutorów nie ma, odnoszę nieodparte wrażenie, że Elon Musk i Stephen Hawking nie powinni już się martwić sztuczną inteligencją. Już dziś otacza nas ogromna ilość Maszyn Trurla. Osobniki podobnie fanatyczne i nie mające kompletnie pojęcia o temacie, na który się wypowiadają są wszędzie. Jeśli fakty i ich opinie się nie zgadzają, to tym gorzej dla faktów. Do wyboru jest kłamstwo, prowokacja i teoria spiskowa. Czasem ma miejsce boski test, jak na przykład kości dinozaurów podłożone celowo przez istotę wyższą, aby sprawdzić czy nie jesteśmy jak niewierny Tomasz. Również pozostałe cechy osobowościowe Maszyny Trurla są powielane: ogromna wrażliwość na jakąkolwiek krytykę, obrażanie się za wytknięcie nieznajomości czy uparte, wręcz fanatyczne trwanie przy swoich poglądach. Próba dyskusji często kończy się podobnie jak u Lema – mordobiciem, jeśli nie fizycznym to przynajmniej psychicznym albo mentalnym.

W dzisiejszych czasach świetlana kariera, którą dla najgłupszej maszyny rozumnej na świecie przewidywał Klapaucjusz – byłaby pewnikiem. Jako największy idiota na świecie, od swojego powstania, zostałaby wręcz skazana na sukces. Nie trzeba nawet sięgać tak głęboko jak Nagrody Darwina, które są niepowtarzalnym źródłem ludzkiej kreatywności, wystarczy otworzyć media społecznościowe. Również Dilbert i jego codzienne realne odpowiedniki w Mordorze potwierdza tą teorię w odmianie korporacyjnej.

Dyskusja z ludźmi, którzy są odporni na jakiekolwiek argumenty, za to ślepo wierzą w swoje opinie jest z reguły bezcelowa, chyba, że służy jako ciekawe doświadczenie psychologiczne w przypadku, gdy chcemy poznać nabywców garnków za kilka tysięcy złotych ewentualnie kołdry w tej samej cenie. Ciekawa psychologicznie może tez być próba poznania tzw. żelaznego elektoratu, jakiejkolwiek partii w dowolnym kraju. Natomiast, gdybyś chciał podjąć próbę przekonania takiego osobnika do swojej opinii za pomocą argumentów doradzam szczególna ostrożność, chyba, że nazywasz się Chuck Norris, herbatę pijesz zalewając torebkę w ustach wrzątkiem a zamiast jedzenia miodu żujesz pszczoły. Domeną Maszyn Trurla jest odpowiadania na siłę argumentów za pomocą argumentu siły zgodnie z przypadkiem opisanym przez Lema. Często kończy się w podobny sposób, czyli fizycznym wyczerpaniem albo unicestwieniem jednego z dyskutantów. I również w tym przypadku, jako ostatnie słowo w dyskusji usłyszysz jego własny odpowiednik liczby SIEDEM.

[1] http://solaris.lem.pl/ksiazki/beletrystyka/cyberiada/227-maszyna-trurla

No risk, no fun…

 

brokenpole…czyli jak wysoko chcesz powiesić poprzeczkę.

Wyobraź sobie, że nazywasz się Naim Süleymanoğlu, masz 147cm wzrostu,16 lat i zaraz będziesz występował w finale olimpijskim podnoszenia ciężarów. Zasady są proste: dwie konkurencje – rwanie i podnoszenie – i dwie próby w każdej – decydujesz, jaki ciężar zakładasz i masz trzy próby w każdej konkurencji. Jak nie uda ci się ani razu – możesz się pakować i wracać do domu – złoty medal obejrzysz w telewizji. Jeśli założysz za mało – konkurenci podniosą więcej i to oni zbierają chwałę i medale, uwielbienie kobiet, uściski polityków oraz całkiem sporą paczkę kasy. Gdzie będziesz celować? W swój życiowy rekord? Czy bezpiecznie, tak jak zawsze dawałeś radę? Naim wybrał maksa – jest jednym z dwóch zawodników na świecie, którzy podnieśli ponad trzykrotność swojej wagi.

Skłonność do ryzyka to cecha pokazująca jak ostro lubisz grać w życiu. Może lubisz adrenalinę i co weekend bawisz się w base jumping, czyli skakanie ze spadochronem z klifów, wysokich budynków i innych miejsc, które do tego przeznaczone nie są. Lista osób, którzy zakończyli życie w ten sposób jest długa i uprawiając te sport szanse na dorobienie się wnuków i siwej brody masz niewielkie. Inni uważają jazdę na rowerze po bulwarze za sport ekstremalny, zaszczepili się na wszystko co tylko możliwe, sprzątają mieszkanie pary razy dziennie, a najdłuższa podróż jaką wykonali w życiu to wycieczka do Urzędu Skarbowego w celu złożenia PITu. Znajdujesz się pewnie gdzieś między jednymi i drugimi.

Jeśli interesujesz się chociaż trochę finansami i giełdą, i kojarzy ci się z nimi coś więcej niż “Chciwość jest dobra” w wykonaniu Michaela Douglasa, to wiesz co to jest premia za ryzyko. To termin mówiący o tym, że jeśli wyciągasz od inwestorów pieniądze na swój projekt to im mniej prawdopodobne jest jego zrealizowanie tym większego zwrotu ze swoich pieniędzy oczekiwać. Ponieważ wszystkie symbole wyglądają lepiej po grecku ten dostał literę beta – β. Twoja skłonność do ryzyka mówi jakie inwestycje lubisz – czy wolisz kupić bezpieczne jak trzymanie sztabki pod poduszką obligacje USA, czy wolisz inwestować w Silicon Valley, licząc się z tym, że twoja spółka zbankrutuje, ale jeśli odniesie sukces to zarobisz co najmniej kilkunastokrotnie. Kiedy idziesz na wieczór kawalerski i masz ochotę przepuścić na cześć pana młodego trochę kasy na ruletce wybór między w miarę bezpiecznym czerwonym lub czarnym i ryzykownym postawieniem np. na 13 zależy od tych samych preferencji.

Ten sam mechanizm działa całe twoje życie. Albo boisz się zmian, ryzyka i nowości – tkwisz w strefie komfortu – nie tracisz, ale też nie masz szans na wielka wygraną, albo rzucasz się na życie jak wygłodniały wilk na dzika, licząc się z tym, że możesz skończyć z obitą twarzą i pustym portfelem, ale za to jeśli ci się uda – jackpot jest twój. I tu też wybór należy do ciebie. Osobiście uważam, że lepiej żałować, że się cos zrobiło niż całe życie zastanawiać się co by było gdyby… W końcu nie ma nic bardziej przykrego niż zmarnowany talent i okazje. Oczywiście możesz znaleźć dla siebie sporo miejsca między jednym i drugim ekstremum, ale im bliżej jądra strefy komfortu pozostajesz tym mniejszą masz szansę na nauczenie się czegoś nowego, przeżycie niesamowitych wrażeń i osiągnięcie sukcesu.

Każdy z nas zawiesza sobie poprzeczkę w swoim życiu na takim poziomie jaki mu odpowiada, może to być poziom osiągalny dla ratlerka albo 6.13 metra Siergieja Bubki. Mierzysz wysoko – namęczysz się ćwicząc, spocisz się nie raz i ból zakwasów poznasz aż do szpiku kości. Będziesz potrzebować porządnej tyczki i sporo talentu. Mierzysz nisko – osiągniesz niewiele, nie bardzo będziesz mógł być z siebie dumny, ale będziesz mieć wygodnie i przyjemnie. Na pociechę pozostanie ci opowiadanie jak to sukces uzyskuje się po znajomości, dzięki bogatym starym i szczęściu. I zazdrość, że innym wystarczyło energii i samozaparcia przemieszana z przekonywaniem się, ze właściwie jesteś szczęśliwy tu gdzie jesteś.

Wioskowa mądrość mówi, że mężczyźni kochają się w księżniczkach a żenią się z szarymi myszkami. Księżniczka wymaga ciągłej atencji, wymaga co najmniej rycerza, jeśli nie księcia, ale wygląda jak księżniczka, zachowuje się jak dama, ma charyzmę i poczucie własnej wartości. Odrzucam tutaj wszystkie kocmołuchy, które uważają się za ósmy cud świata a do prawdziwej następczyni tronu brakuje im tyle co Joli Rutowicz do księżnej Kate. Facet kalkuluje sobie zyski i straty i (całkiem rozsądnie) dochodzi do wniosku, że do gotowania, sprzątania i zajmowania się dziećmi wystarczy mu całkowicie przeciętna szara myszka. Kumple nie będą mu zazdrościć – ale w sumie sami maja podobnie – nie będzie seksu jak za młodzieńczego życia Sashy Grey, nie będzie spojrzeń zazdrosnych przechodniów na ulicy. Również, nie znajdą się adoratorzy, czyhający na to, żeby jego żonę przelecieć na wyjeździe integracyjnym (na kolegów z księgowości i IT w końcu nie spojrzy), nie będzie na imprezach rodzinnych stad wygłodniałych seksualnie wujków atakujących szowinistycznymi dowcipami, w końcu nie będzie trzeba dać po ryju nachalnym pijanym adoratorom na imprezie w klubie. Szara myszka nie będzie wybrzydzać, jeśli zamiast sześciopaka na brzuchu i piłki do kosza w ręce, będzie brzuch w kształcie piłki a sześciopak na stole przed TV. Ta sama wioskowa mądrość mówi, że dla mężczyzny najważniejszy jest święty spokój. Rachunek zysków i strat jest oczywisty, jego skłonność do ryzyka jest niewielka. Kobieta, piękna, inteligentna, pewna siebie i odnosząca sukcesy będzie dla niego tylko niepotrzebnym ciężarem.

Kobiety maja podobnie, po młodzieńczych zauroczeniach nicponiami, którzy grają na gitarze w zespole osiedlowym, potrafią wypić duszkiem pół litra wódki, rodzice kupują im na osiemnastkę golfa GTI albo w skrajnym przypadku kradną samochody, dochodzą do wniosku, że gość zdradzający na lewo i prawo, przychodzący pijany do domu albo bezrobotny jest jednak słabym materiałem na ojca i męża. I bardzo szybko wybierają przeciwne ekstremum, czyli nudziarza prawnika albo księgowego, wychodzą za niego szybko za mąż i mają z nim parę uroczych bobasów. I wiedzą, że 20 kilogramów więcej, brak ambicji i zamiast koronkowej bielizny barchanowe antygwałty nie będą ich mężusia odstraszać. Czasem będą fantazjować o Johnym Deppie z The Tourist albo Bradzie Pitt’cie ze Snatcha. Może nawet zrealizują te marzenie w postaci dawcy genów będącym instruktorem na lokalnej siłowni – kiedy dojdą do wniosku, że może jednak warto wrócić do wagi sprzed ślubu.

Ten sam scenariusz dotyczy zarabiania pieniędzy, szukania pracy, zdobywania stopni naukowych, podróżowania i praktycznie każdej inne działalności człowieka. Możesz powiesić poprzeczkę wysoko, ryzykować, strącić ja wiele razy zanim w końcu ci się uda nad nią przelecieć. O wiele łatwiej jest spojrzeć w górę i powiedzieć – to nie dla mnie, ta tyczka jest taka ciężka, mogę sobie zrobić krzywdę, a poza tym to nikt z moich znajomych nie skacze. Pewne jest jedno – nie zaryzykujesz, nie wyjdziesz ze strefy komfortu, to na miejsce na podium życia nie masz co liczyć.

Nasze droga na ziemi prowadzi od narodzin do śmierci. To jak ja wypełnisz zależy tylko od ciebie. Wykorzystaj je tak jak potrafisz najlepiej, weź chociaż tyczkę do ręki, zmierz się z jej ciężarem, może przebiegnij z nią parę metrów. Możesz spróbować innych sposobów, doczepić do butów sprężyny, zbudować drona, na którym przelecisz, znaleźć grupę ludzi, którzy podsadza cię do góry. To twoje życie i te określasz zasady – ważne, żeby po drugiej stronie poprzeczki zobaczyć to, co jest dla ciebie ważne – miłość, sława, sukces, pieniądze, wolność, szacunek, rodzina. Warto dążyć do tego, przeskakując choćby najwyższe przeszkody.

Na koniec słowo pocieszenia: większość rzeczy niemożliwych osiągnęli ludzie, którzy nie wiedzieli, ze jest to niemożliwe albo wierzyli w to, że tłum się po prostu myli.

Jam jest Andrzej Kmicic…

00911186dd…czyli wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Bardzo modne jest dziś sformułowanie punkt odniesienia. Archimedes powiedział ponad 2 tysiące lat temu “Dajcie mi punkt podparcia a podniosę Ziemię”, Einstein zaś stworzył Teorię Względności a wszystkie trzy prawa dynamiki tez zależą od punktu odniesienia. Najwyraźniej fizycy lubują się w porównaniach.

Okazuje się jednak, że aby zrozumieć rzeczywistość potrzebny jest również mentalny punkt odniesienia, punkt startowy, coś, co pozwala odbiornik naszego umysłu nastroić na właściwy tor poszukiwania. Ktoś całe życie jeździł autobusem, nie zrozumie na czym polega drift 300konnym roadsterem RWD choćby pół życia przegrał w Dirta, Grand Turismo albo Grand Theft Auto lub obejrzał wszystkie odcinki Top Geara, a w szafie trzymał kompletny strój Stiga. Tak samo, nie da się opowiedzieć zachodu słońca na Karaibach, zorzy polarnej na Islandii i wodospadu Salto Angel w Wenezueli.

Z perspektywy paru lat poza Polską, republika bananowa nad Wisłą wygląda zupełnie inaczej niż od środka. Polacy jadąc za granicę oczekują często cudów, tak jak uchodźcy zwabieni do Europy werbalnymi folderami reklamowymi przemytników dziwią się, że dziewice wcale nie czekają na swoich habibi a łapanie dziewczyn za tyłek bez ich zgody nie dojść, że nie jest mile widziane, to jeszcze potem wypomina to niedobra prasa i co gorsze można z tego powodu trafić na komisariat. Cudów nie ma, there is no free lunch i jeśli coś dostałeś za darmo to pewnie kiedyś za to zapłacisz. Karma to dziwka i inne banały, nieprawdaż?

Bardzo lubię Sienkiewicza, mimo, że Gombrowicz uznał go za odpowiednik autora harlequinów początku XX wieku. Lubię piękna polszczyznę, lubię westerny i pewnie dlatego mocno zarysowanych bohaterów. Dzisiaj tak pisze Sapkowski. I bohaterowie Sienkiewicza, i Sapkowskiego są na wskroś polscy: kurwiarze, nicponie, lojalni druhowie, potrafiący dać komuś po ryju przez pannę a potem oddać za niego życie, jeśli trzeba. Dumas pisał tak samo o Francji, ale duch muszkieterów najwyraźniej upadł razem ze zburzeniem Bastylii, ewentualnie został zapomniany w absyntowych oparach przez impresjonistów, po których już nikt tego nie próbował. W krajach, gdzie rycerstwo przez dłuższy czas dominowało nad mieszczaństwem duch Kmicica istnieje do dziś, dzisiejszy odpowiednik szaleńczego strzelania przodkom między oczy potrafi zamienić dom gospodarza w stanie jak po ataku Godzilli. Słowianie i Bałkany bawią się do białego rana tańcząc w oparach alkoholu, są szczerzy do bólu, a klapki na oczy politycznej poprawności nie zasłoniły im do końca realnego spojrzenia na rzeczywistość.

Aby to zauważyć i docenić trzeba wyjechać z Polski na dłużej niż wakacje na Costa Brava albo sezonową prace w holenderskiej szklarni. W belgijskich mieszczuchach będących skrzyżowaniem Smerfów z Gangiem Olsena esencja dulszczyzny tkwi niezmiennie jak złoto w Fort Knox. Te same od ponad 700 lat przaśne rozrywki Schueberfouer w Luksemburgu są jak safari w rolniczym skansenie, gdzie zamiast lwów drapieżnikami są pijani, bogaci potomkowie chłopów.

Może dla kogoś polityczna poprawność na każdym kroku, płytkie rozmowy o pogodzie, pracy, dzieciach, a czasem piłce są atrakcyjne. Mottem Belgów jest ça va bien se passer, czyli “jakoś to będzie”. Są jak drobne cwaniaczki Woody Allena, naciągający na remoncie, dodatkowym czynszu, czy fatalnie poprowadzonej kanalizacji. Polski hydraulik zrobiłby tutaj furorę nie tylko dzięki wygolonej klacie opiętej farmerkami. Ergo, jest rodzinnie, przewidywalnie i nudno do wyrzygania. Do niedawna było również bezpiecznie, ale to już przeszłość, o czym przypomina uzbrojone po zęby wojsko na ulicach. Gdyby szalony alchemik stworzył golema i tchnął w niego duszę Beneluxu to powstałby “urzędnik bankowy niskiego szczebla o charyzmie mokrej ścierki” jak określił premiera Belgii – van Rompuya, będący brytyjskim odpowiednikiem JKM – Farage.

Sąsiedzi się uśmiechają na dzień dobry, a potem będą narzekać, że suszarka na balkonie wystaje ponad barierkę, motocykl robi hałas w garażu i powinieneś go sprowadzać bezgłośnie nawet w ciągu dnia, a poza tym to zużywasz za dużo wody i stawka zbiorcza budynku jest przez to za wysoka. W pracy zapytają jak się masz, ale odpowiedź nie interesuje ich wcale. Będą udawać, że cię lubią, ale tylko po to, żebyś im coś załatwił. Jeśli wyjdziesz na piwo czy kawę po godzinach – słowem klucz będzie networking. Jeśli zamiast rozmawiać z kumplami o wyzwaniach i projektach, wolisz skupić się na wspominaniu tyłka sekretarki (o ile znajdziesz godny uwagi w instytucjach unijnych), następnym razem znajdą oni przekonywujące wytłumaczenie, żeby odmówić. W końcu jesteś męską szowinistyczną świnią, a wypicie więcej niż trzech piw to już alkoholizm.

Marylin Monroe twierdziła, że: “Brak perfekcji jest piękny, szaleństwo jest geniuszem i lepiej być absolutnie niedorzecznym, niż absolutnie nudnym.” W Belgii obrazem szaleństwa są kolorowe ciuchy, o geniuszach media milczą, niedorzeczność to policja, która nie zna ulic wokół komisariatu, a nuda unosi się nad miastem jak smog nad Pekinem dusząc kreatywność i indywidualizm. Celem życia jest 100% konformizmu i uznanie jednorodnie szaroburego społeczeństwa –nękanego przez takie kataklizmy jak brak mleka sojowego do macchiato albo za mało like’ów na Instagramie.

W Polsce, nad ulicami Warszawy unosi się duch wariactwa, który mieli w sobie ułani, pijąc strzemiennego z szabli. Możesz porozmawiać o życiu z każdym bywalcem “wódki i zakąski” i zrobić to kompletnie szczerze. Na ulicach spacerują piękne kobiety, pewne swojej kobiecości i mężczyźni, którzy nadal otwierają im drzwi i okrywają swoim płaszczem. Widzisz w ich oczach ogień, kiedy trzymają się za ręce, czuć w powietrzu atmosferę flirtu i dyskretnego napięcia seksualnego unoszącego się w powietrzu niczym wytworne perfumy. Warszawa, Trójmiasto, Kraków tętnią życiem nocą przetaczając między ludźmi pasje i emocje, rozmowy do rana, obietnice, wizje i plany.

Nawet w pracy czuć kreatywność. Zadaniem pewnego szkolenia było zbudowanie akwarium z puzzli. Niemcy, Francuzi, Holendrzy zawsze budowali ładny kształtny otwarty z góry prostopadłościan. Polacy raz ułożyli prostokąt, wpisując w środku “akwarium”, a innym razem wypełnili worek po puzzlach wodą i wrzucając do niego jeden element twierdzili, że to złota rybka. I chyba nawet nie używali płynnych środków dopingujących.

Tego słowiańskiego ducha na Zachodzie nie ma. Tylko nad Wisłą czuć w powietrzu pokolenia wojów, jeźdźców, rycerzy, szlachty. To tutaj obchodzono noc Kupały i szukano kwiatu paproci. To tutaj pod Hodowem 400 husarzy pokonało 40 tysięcy Tatarów, przebijając grecki wynik spod Termopil. I Kmicic, i Podbipięta i Reinmar z Bielawy tutaj czuliby się u siebie w domu. i ja też jestem u siebie. Tutaj też pozostaje moja serce, w miejscu, gdzie szczerość i przyjaźń jest ważniejsza niż polityczna poprawność i networking. I nawet discopolowa muzyka oraz sandały i skarpety frotte w Jastrzębiej Górze nie są mnie w stanie do tej słowiańskiej duszy zniechęcić.

Oida ouden eidos*…

Reagan-Bush-Laughing

… czyli dlaczego warto słuchać.

Ludzie mówią dużo, szczególnie wtedy, kiedy nikt nie chce ich słuchać. Piszą miliony blogów, których nikt nie chce czytać. Szukają każdej okazji, żeby komuś opowiedzieć jak minął dzień –nie uda się komuś wcisnąć historii w autobusie, to słuchanie tego należy do obowiązków małżonka. Na prawie każdym spotkaniu biznesowym są osoby, które wręcz uwielbiają słyszeć swój głos i skoro nie realizują się śpiewając pod prysznicem, to potrafią prowadzić monolog godzinami. éSpotkania są uznawane za najbardziej męczący sposób marnowania czasu w pracy. W średniowieczu powstała maksyma: “Duas aures habemus et os unum, ut plura audiamus quam loquamur.”, czyli “Mamy dwoje uszu i jedne usta, abyśmy więcej słuchali niż mówili.”, ale z jej zastosowaniem są problemy do dziś.

Jeśli jednak bardzo pragniesz być słuchanym – pozostaje kariera celebryty. Opinii Kardashianek są ciekawe tłumy, złote myśli Króliczków Playboya też najwyraźniej są w cenie patrząc na ich popularność. Rozumiem to, że każdy chętnie obejrzy sobie jogę albo inne ćwiczenia w ich wykonaniu – a przynajmniej brzydsza połowa społeczeństwa o orientacji heteroseksualnej. Natomiast fakt, że Emily Ratajkowski opowiadająca o feminizmie, jako prawie do pokazywania gołego tyłka i piersi bądź Miss czegoś tam dzielące się swoimi przemyśleniami na temat polityki są w obszarze zainteresowań sporej części społeczeństwa pozostaje dla mnie nadal tajemnicą. Skoro jednak 75% Amerykanów utożsamia się z Forestem Gampem, a w polskim Senacie mówi się o wymodleniu dzieci zamiast in vitro, to nie powinienem się chyba dziwić.

Dzisiejsi celebryci to prawdziwi ludzie renesansu, przy których Leonardo da Vinci powinien się poczuć mniejszy niż Robin przy Batmanie. Potrafią śpiewać, tańczyć na parkiecie i na lodzie, gotować, wypowiadać się na tematy polityczne, uczyć zdrowego trybu życia, grać w filmach, uczyć o feminizmie (vide Ratajkowski) albo podróżach (vide Kuźniar) i do tego wyglądając cały czas jak z obrazka. To nawet nie ludzie, ale nadludzie renesansu.

W psychologii nazywa się to efekt halo. Ergo, jeśli ktoś jest ładny bądź popularny przypisywane są mu również takie cechy jak mądrość, szlachetność, dobre serce, inteligencja i oczywiście wiedza na wszystkie możliwe tematy począwszy od gotowania a na fizyce kwantowej kończąc. Mediom to na rękę, celebryta – ambasador marki zwiększy sprzedaż, biznes się domyka, kasa się zgadza, gawiedź się cieszy, wszyscy są zadowoleni. Skutek – suma IQ na świecie pozostaje bez zmian mimo dramatycznie rosnącej populacji.

Posiadamy urządzenie umożliwiające dostęp do całej znanej ludzkości wiedzy – używamy go do oglądania zdjęć kotów i kłótni z nieznajomymi ludźmi. MIT udostępnia online wszystkie swoje kursy, ale wolimy oglądać “Żony Hollywood”. Na Wikipedii są informacje o wszystkim, ale największą oglądalność na YouTube ma Psy z “Gangnam Style”.

Człowiek uczy się na błędach. Można uczyć się na czyichś błędach– ta metoda jest bardzo optymalna z punktu widzenia połamanych kończyn, zmarnowanych pieniędzy, rozbitych samochodów i nocy nie tak upojnych jakbyśmy sobie tego życzyli. Oczywiście przydaje się również w tak banalnych sprawach jak wybór studiów, znalezienie pracy, bądź innego sposobu na zarabianie pieniędzy. Na świecie żyje ponad 7 miliardów ludzi, więc szansa na to, że ktoś miał podobny problem i go rozwiązał jest całkiem spora. Czasem wystarczy poszukać, aczkolwiek szukając odpowiedzi na temat wysypki u dziecka na forach dla mam, gdzie żaden lekarz nigdy zapuścił się w otchłanie nietknięte intelektem, ryzykujesz otrzymaniem tysięcy kompletnie bezwartościowych porad, które wywołają w twojej głowie traumę większą niż tą, kiedy John Connor dowiedział się, że Judgment Day był nieunikniony. Podejście “miliony much nie mogą się mylić”, bardzo popularne w Internecie, pozwala poczuć przynależność do osób, które nękają problemy, ale z pewnością ich nie rozwiąże. Są miejsca, gdzie można znaleźć porady ekspertów – wystarczy ich poszukać.

Słuchanie wymaga pokory, wymaga przyznania się do “Wiem, że nic nie wiem” a to przychodzi nam dość ciężko. Wśród forumowych ekspertów z dewizą “nie wiem, to się wypowiem” możesz z łatwością zabłysnąć, ale nauczysz się niewiele. Wśród profesjonalistów wydasz się z początku mały i stłamszony, ale poczujesz się jak człowiek dostający ogień od Prometeusza. Warto posłuchać ludzi, którzy się na czymś znają nie tylko w sieci, ale przede wszystkim na żywo, zwłaszcza wtedy, kiedy nie chcą za to pieniędzy.

Jeśli jednak jesteś uparty i chcesz wszystko zrobić inaczej i po swojemu, chcesz poczuć się jak prawdziwy wynalazca – próbuj. Ryzykujesz wynalezienie balonu, gdy cały świat lata już samolotami, ale odkrycie czegoś osobiście zawsze daje niesamowitą satysfakcję. Aczkolwiek, jeśli coś nie działało 10 razy, to nie oczekuj, że zadziała za jedenastym, nawet, jeśli to tekst na zagadanie panny w klubie…. Popełnianie błędów to normalna rzecz, o wiele lepsza niż nie podejmowanie ryzyka. Natomiast powtarzanie tych samych błędów w nieskończoność, choćby przy wyborze swojego partnera to głupota. Możesz oczywiście zawsze zwalić winę na otoczenie, trudne dzieciństwo, swojego pecha i co tylko ci przyjdzie do głowy, ale dopóki nie zobaczysz, gdzie jest błąd i nie wyciągniesz z tego lekcji nic się nie zmieni.

Oby nie zakończyło się jak u Jana z Czarnolasu: “Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”

*myślę, więc jestem – Sokrates

Telewizor, meble mały fiat…

22527608749_82190b03a8_b

… czyli: nie rezygnuj z marzeń.

Perfekt zaśpiewał “Nie płacz Ewka” w roku 1981. Dziś telewizor to już nie wielki jak szafa wybuchający “Rubin”, tylko 60 calowy płaski LCD, meble to nie komunistyczna meblościanka, ale zestaw z Ikei lub ostatecznie Black Red White, zamiast małego fiata jest Yaris, Corolla albo 12-letni Passat – wszystko w zależności od wielkości rodziny, statusu matrymonialnego i zasobności portfela. Minęło 35 lat, zmieniły się technikalia, ale natura ludzka pozostała bez zmian.

Idź do przedszkola. Poproś dzieci , żeby narysowały kim chcą być w przyszłości. Zobaczysz Zuzię na koniu, Tomka, który na drabinie strażackiej ratuje kota, Olę z wielkim teleskopem patrzącą w gwiazdy i Wojtka w bolidzie F1. Założę się z tobą o butelkę dobrej, starej szkockiej, że nie znajdziesz obrazka Brand Managera ani Specjalisty ds. jakichkolwiek.

Kim chciałeś być, kiedy byłeś młody? Lekarzem, weterynarzem, strażakiem, policjantem, kosmonautą, malarzem, sportowcem, podróżnikiem czy naukowcem. Kim jesteś dziś? Masz jeszcze jakieś marzenia?

Każdy z nas dostaje jakiś talent, każdy z nas lubi cos robić. Może byłeś w koszykarskiej drużynie szkolnej, może wygrałeś olimpiadę astronomiczną, może grałeś na gitarze. Może marzyłaś o budowaniu studni w Afryce, chciałaś zostać profesorem albo wykopywać artefakty po zaginionych cywilizacjach pomiędzy zaśnieżonymi szczytami Andów. Marzyliście o wielkiej miłości, takiej jak Romeo i Julia, ale z “żyli długo i szczęśliwie” jako zakończeniem?

Czy w którymś z tych marzeń była rola zasobu w korporacji, walczącego z excelem i biurokracją? A może marzyłeś o roli specjalisty HR od zwolnień czy jako to się teraz ładnie nazywa outplacementu? Może całą młodość chciałeś być specjalistą optymalizującym podatki dla korporacji w rajach podatkowych w imię religii nazywanej “shareholder value”?

Rozglądam się dookoła i widzę ludzi, których główną cechą jest przeciętność. Nie wiem, gdzie zaginęli marzyciele, zdobywcy, odkrywcy. Czasem ktoś mignie jak jednorożec, który udekoruje otoczenie kawałkiem kolorowej tęczy a potem znika w tłumie szarych, prawie identycznych osób. Widzę ludzi, których mottem życiowym jest praca, dom i zakupy. Ludzi, którzy przetargowali dziko, niebezpiecznie i emocjonalnie na “hujowo, ale stabilnie”. Miała być wielka miłość, a jest bezpiecznie, rutynowo, nudno do wyrzygania, prawie tak jak w aranżowanych w dawnych czasach małżeństwach, gdzie młodzi ludzie byli sobie przeznaczeni, a swatki dbały o to, żeby i status, i majątek się zgadzały. Czasem urozmaiceniem są ciche dni albo “kłótnia o nic” tylko po to, żeby cos się zadziało w związku…

Nie da się prowadzić ciekawego życia, nie da się znaleźć wielkiej miłości i nie da się zdobyć szczytów i głębin nie ryzykując. Siedząc w domu nie wpadniesz pod samochód, ale nie zobaczysz zorzy polarnej, gwiazd, lasów, jezior, stepów, zboczy gór lśniących lodowcami. Nie poznasz również wielu ludzi, innych kultur i nie przeżyjesz uczucia strachu, ekscytacji i ulgi.

Przeciętny Janusz i Krystyna z przeciętnego Sosnowca powtarza swój dzień z regularnością 24 godzin. Czasem zmienia się pogoda, czasem dzień jest krótszy, czasem noc, kartki w kalendarzu opadają jak liście z drzew, a oni z uporem maniaka tkwią w przeciętności, bo ich strefa komfortu ogranicza się do dwupokojowego mieszkania w wielkiej płycie, biura rachunkowego Krystyny i hurtowni, gdzie sprzedaje Janusz. Swoje emocje realizują w serialach, śledząc z wypiekami bohaterów ginących w kartonach albo genialne spostrzeżenia ojca Mateusza. Ekscytują się “śpiewem lub tańcem z gwiazdami” zamiast pójść ze znajomymi na karaoke. A kiedy ktoś ze znajomych zaproponuje im zmianę albo co gorsza pokazuje, że można inaczej – natychmiast znajdują wytłumaczenie, aby tylko tego nie zrobić.

Każdy zaczyna życie z bagażem, jeden miał ojca pilota, matkę aktorkę i wujka himalaistę, a inny nie. Mając 5 lat tkwimy w rodzinie, może nawet mając 10 lat, wtedy dużo zależy od tych wylosowanych razem z genami ludzi. W wieku 15 czy 20 lat, mamy już tak dużą ekspozycje na świat, że jesteśmy w stanie zobaczyć to, czego nie pokazali nam rodzice, możemy przejrzeć iluzje autorytetu i dojrzeć w nich Krystyny i Januszów. Możemy w końcu wyjść z zaklętego kręgu przeciętności, a nie powielać go w nieskończoność.

Realizuj marzenia, sięgaj wysoko i nie patrz na tych, którzy mówią, że się nie da. Oni trochę zazdroszczą, trochę się boją, a najbardziej w życiu boja się przyznać, że sami tez mogliby coś zrobić. I ćwicz – realizacja marzeń wymaga pracy.

Istnieje zasada 10 tysięcy godzin. Aby być w czymś dobrym potrzebujesz to ćwiczyć przez 10 tysięcy godzin. Talent pomaga, ale praktyka czyni mistrza…. The Beatles zaczynali w obskurnym klubie w Hamburgu grając praktycznie za piwo, 8 godzin co noc, siedem dni w tygodniu. Przez pierwsze 7 lat zagrali 1200 koncertów – to więcej niż dzisiejsze zespoły grają w ciągu całej kariery. Gates and Allen przed założeniem Microsoftu kodowali przez lata, gdyby nie to, nawet pomoc matki Gatesa w kontakcie z CEO IBMa na niewiele by się zdała.

Frank Zappa powiedział: “Jeśli wylądujesz w nudnym żałosnym życiu, bo słuchałeś matki, ojca, nauczyciela, księdza albo jakiegoś gościa z TV, którzy mówili co masz robić, to znaczy, że na to zasługujesz.”

Chcesz, by tak można było powiedzieć o Tobie?

Bajki dla dorosłych…

bez tytułuyyyy

… czyli co mają wspólnego komedie romantyczne i filmy porno.

Kinematografia to ostatnio jedyny popularny rodzaj sztuki, który nadal trzyma poziom. W porównaniu z muzyką, gdzie teksty sprowadzają się do pokrzykiwania “moja dupa, moja dupa, spójrz na moja dupę” lub nawet fotografii, gdzie każdy, kto potrafi zrobić selfie z dziubkiem uznaje się za fotografa, film potrafi nadal zainteresować i do tego nieść jakieś przesłanie. O książkach wstyd mówić, czytelnictwo spada lotem koszącym szybciej niż Scud trafiony Patriotem.

Istnieją jednak dwa rodzaje filmów, które wyrządzają w mózgach ludzi większe szkody, niż ćwiartka wódki wypita duszkiem: ostatnie produkcje porno oraz komedie romantyczne. Pierwsze z nich cieszą się wielką popularnością wśród mężczyzn, drugie wśród kobiet. Spodziewanie się w nich głębokiego przesłania to jak oczekiwanie od Sashy Grey Nobla z fizyki kwantowej. Jedyne, co może być w nich głębokie to gardło. A jednak na ich podstawie masa ludzi kształtuje swój światopogląd dotyczący relacji, miłości i seksu.

Młody chłopak po obejrzeniu produkcji rodem z Red Tube’a będzie przekonany, że najlepszym sposobem na grę wstępna dla kobiety, jest zrobienie mu loda tak brutalnie, że dziewczyna ma łzy w oczach, do seksu analnego nie potrzeba ani rozgrzewki ani nawet żelu, a poza tym sposobem na najlepszą dla kobiety randkę jest zaproszenie na orgie dwóch kolegów. Pozytywnym aspektem jest fakt, że błędne wyobrażenia takiego delikwenta zostaną bardzo szybko zweryfikowane przez pierwszą kobietę składającą się z czegoś więcej niż piksele i jego wiara w cuda zniknie szybciej niż napoje na wigilii w Radomiu.

Młode dziewczyny maja jak zawsze w życiu gorzej. Faszerując swój światopogląd na temat związków filmami typu “Pretty Woman” bądź “Pokojówka na Manhattanie” robią sobie więcej krzywdy niż jakikolwiek miłośnik porno. Dowiadują się, że bogaci i atrakcyjni faceci zakochują się najczęściej w pokojówkach albo prostytutkach, które najczęściej posiadają IQ na poziomie Einsteina. Marzą one o studiach, mimo, że po ich wypowiedziach w najmniejszym stopniu tego nie widać (najwyraźniej nie chcą peszyć przyszłego narzeczonego). Zapada im w pamięć fakt, że przyszły, wyjątkowy książę z bajki zainteresuje się nimi tylko dlatego, że istnieją lub kupi ich firmę razem z nimi jak Mr. Grey albo budynek firmowy jak Mickey Rourke w “Dziekiej Orchidei”. Sytuacja rodem z Kopciuszka, gdzie pijana panna ucieka z balu tak szybko, że gubi na schodach obuwie, a książę, o którego stara się tabun panien z całego królestwa wybiera akurat ją. Zaiste – to musi być magia…. Wyobraźcie sobie w takiej sytuacji księżną Kate.

Sytuacja w tym przypadku nie jest tak łatwa jak miłośnika megabajtów nagich spółkujących kobiet. Dziewczyna będzie się przekonywać, że mężczyźni są źli, a ona nie spotkała jeszcze tego właściwego. Będzie czekać na swojego księcia i czekać, przy okazji ignorując, bądź wykorzystując mniej oszałamiających, ale nadal zacnych absztyfikantów. Za każdym razem, kiedy spotka kogoś, kto się jej wyda dobrym materiałem na chłopaka czy nawet męża będzie stawać na głowie, żeby go zdobyć zgodnie ze schematem z romantycznych komedii. A potem będzie bardzo zdziwiona, że po jednorazowej kolacji ze śniadaniem rzeczony amant już nie ma dla niej czasu, a przecież w filmach książę zachowywał się inaczej.

Czas mija, zegar biologiczny tyka nieubłaganie. Niektóre z nich zmądrzeją i zaczną szukać rozsądnych gości, którzy może nie będą arystokracją, ale nadal pewien element rycerskości będą posiadać. Zauważą, że mężczyzna nie szuka w kobiecie tylko tego, co w Kopciuszku, a czegoś więcej, choćby tak błahej cechy jak poczucie humoru lub inteligencja. Inne nadal będą szukać artystów na dorobku, adorujących je habibi albo żonatych właścicieli firm wierząc, że kiedyś z roli kochanki przeistoczą się niczym brzydkie kaczątko w łabędzia, którym jest dla nich prawomocna rola żony.

Na koniec, słowo pocieszenia, nawet, jeśli przynależysz do powyższych kategorii wierzących w bajki, to pomyśl, że w o wiele gorszej sytuacji jest dziewczyna biorąca na poważnie filmy porno i chłopak, który za wyznacznik rzeczywistości obiera komedie romantyczne.