No risk, no fun…

 

brokenpole…czyli jak wysoko chcesz powiesić poprzeczkę.

Wyobraź sobie, że nazywasz się Naim Süleymanoğlu, masz 147cm wzrostu,16 lat i zaraz będziesz występował w finale olimpijskim podnoszenia ciężarów. Zasady są proste: dwie konkurencje – rwanie i podnoszenie – i dwie próby w każdej – decydujesz, jaki ciężar zakładasz i masz trzy próby w każdej konkurencji. Jak nie uda ci się ani razu – możesz się pakować i wracać do domu – złoty medal obejrzysz w telewizji. Jeśli założysz za mało – konkurenci podniosą więcej i to oni zbierają chwałę i medale, uwielbienie kobiet, uściski polityków oraz całkiem sporą paczkę kasy. Gdzie będziesz celować? W swój życiowy rekord? Czy bezpiecznie, tak jak zawsze dawałeś radę? Naim wybrał maksa – jest jednym z dwóch zawodników na świecie, którzy podnieśli ponad trzykrotność swojej wagi.

Skłonność do ryzyka to cecha pokazująca jak ostro lubisz grać w życiu. Może lubisz adrenalinę i co weekend bawisz się w base jumping, czyli skakanie ze spadochronem z klifów, wysokich budynków i innych miejsc, które do tego przeznaczone nie są. Lista osób, którzy zakończyli życie w ten sposób jest długa i uprawiając te sport szanse na dorobienie się wnuków i siwej brody masz niewielkie. Inni uważają jazdę na rowerze po bulwarze za sport ekstremalny, zaszczepili się na wszystko co tylko możliwe, sprzątają mieszkanie pary razy dziennie, a najdłuższa podróż jaką wykonali w życiu to wycieczka do Urzędu Skarbowego w celu złożenia PITu. Znajdujesz się pewnie gdzieś między jednymi i drugimi.

Jeśli interesujesz się chociaż trochę finansami i giełdą, i kojarzy ci się z nimi coś więcej niż “Chciwość jest dobra” w wykonaniu Michaela Douglasa, to wiesz co to jest premia za ryzyko. To termin mówiący o tym, że jeśli wyciągasz od inwestorów pieniądze na swój projekt to im mniej prawdopodobne jest jego zrealizowanie tym większego zwrotu ze swoich pieniędzy oczekiwać. Ponieważ wszystkie symbole wyglądają lepiej po grecku ten dostał literę beta – β. Twoja skłonność do ryzyka mówi jakie inwestycje lubisz – czy wolisz kupić bezpieczne jak trzymanie sztabki pod poduszką obligacje USA, czy wolisz inwestować w Silicon Valley, licząc się z tym, że twoja spółka zbankrutuje, ale jeśli odniesie sukces to zarobisz co najmniej kilkunastokrotnie. Kiedy idziesz na wieczór kawalerski i masz ochotę przepuścić na cześć pana młodego trochę kasy na ruletce wybór między w miarę bezpiecznym czerwonym lub czarnym i ryzykownym postawieniem np. na 13 zależy od tych samych preferencji.

Ten sam mechanizm działa całe twoje życie. Albo boisz się zmian, ryzyka i nowości – tkwisz w strefie komfortu – nie tracisz, ale też nie masz szans na wielka wygraną, albo rzucasz się na życie jak wygłodniały wilk na dzika, licząc się z tym, że możesz skończyć z obitą twarzą i pustym portfelem, ale za to jeśli ci się uda – jackpot jest twój. I tu też wybór należy do ciebie. Osobiście uważam, że lepiej żałować, że się cos zrobiło niż całe życie zastanawiać się co by było gdyby… W końcu nie ma nic bardziej przykrego niż zmarnowany talent i okazje. Oczywiście możesz znaleźć dla siebie sporo miejsca między jednym i drugim ekstremum, ale im bliżej jądra strefy komfortu pozostajesz tym mniejszą masz szansę na nauczenie się czegoś nowego, przeżycie niesamowitych wrażeń i osiągnięcie sukcesu.

Każdy z nas zawiesza sobie poprzeczkę w swoim życiu na takim poziomie jaki mu odpowiada, może to być poziom osiągalny dla ratlerka albo 6.13 metra Siergieja Bubki. Mierzysz wysoko – namęczysz się ćwicząc, spocisz się nie raz i ból zakwasów poznasz aż do szpiku kości. Będziesz potrzebować porządnej tyczki i sporo talentu. Mierzysz nisko – osiągniesz niewiele, nie bardzo będziesz mógł być z siebie dumny, ale będziesz mieć wygodnie i przyjemnie. Na pociechę pozostanie ci opowiadanie jak to sukces uzyskuje się po znajomości, dzięki bogatym starym i szczęściu. I zazdrość, że innym wystarczyło energii i samozaparcia przemieszana z przekonywaniem się, ze właściwie jesteś szczęśliwy tu gdzie jesteś.

Wioskowa mądrość mówi, że mężczyźni kochają się w księżniczkach a żenią się z szarymi myszkami. Księżniczka wymaga ciągłej atencji, wymaga co najmniej rycerza, jeśli nie księcia, ale wygląda jak księżniczka, zachowuje się jak dama, ma charyzmę i poczucie własnej wartości. Odrzucam tutaj wszystkie kocmołuchy, które uważają się za ósmy cud świata a do prawdziwej następczyni tronu brakuje im tyle co Joli Rutowicz do księżnej Kate. Facet kalkuluje sobie zyski i straty i (całkiem rozsądnie) dochodzi do wniosku, że do gotowania, sprzątania i zajmowania się dziećmi wystarczy mu całkowicie przeciętna szara myszka. Kumple nie będą mu zazdrościć – ale w sumie sami maja podobnie – nie będzie seksu jak za młodzieńczego życia Sashy Grey, nie będzie spojrzeń zazdrosnych przechodniów na ulicy. Również, nie znajdą się adoratorzy, czyhający na to, żeby jego żonę przelecieć na wyjeździe integracyjnym (na kolegów z księgowości i IT w końcu nie spojrzy), nie będzie na imprezach rodzinnych stad wygłodniałych seksualnie wujków atakujących szowinistycznymi dowcipami, w końcu nie będzie trzeba dać po ryju nachalnym pijanym adoratorom na imprezie w klubie. Szara myszka nie będzie wybrzydzać, jeśli zamiast sześciopaka na brzuchu i piłki do kosza w ręce, będzie brzuch w kształcie piłki a sześciopak na stole przed TV. Ta sama wioskowa mądrość mówi, że dla mężczyzny najważniejszy jest święty spokój. Rachunek zysków i strat jest oczywisty, jego skłonność do ryzyka jest niewielka. Kobieta, piękna, inteligentna, pewna siebie i odnosząca sukcesy będzie dla niego tylko niepotrzebnym ciężarem.

Kobiety maja podobnie, po młodzieńczych zauroczeniach nicponiami, którzy grają na gitarze w zespole osiedlowym, potrafią wypić duszkiem pół litra wódki, rodzice kupują im na osiemnastkę golfa GTI albo w skrajnym przypadku kradną samochody, dochodzą do wniosku, że gość zdradzający na lewo i prawo, przychodzący pijany do domu albo bezrobotny jest jednak słabym materiałem na ojca i męża. I bardzo szybko wybierają przeciwne ekstremum, czyli nudziarza prawnika albo księgowego, wychodzą za niego szybko za mąż i mają z nim parę uroczych bobasów. I wiedzą, że 20 kilogramów więcej, brak ambicji i zamiast koronkowej bielizny barchanowe antygwałty nie będą ich mężusia odstraszać. Czasem będą fantazjować o Johnym Deppie z The Tourist albo Bradzie Pitt’cie ze Snatcha. Może nawet zrealizują te marzenie w postaci dawcy genów będącym instruktorem na lokalnej siłowni – kiedy dojdą do wniosku, że może jednak warto wrócić do wagi sprzed ślubu.

Ten sam scenariusz dotyczy zarabiania pieniędzy, szukania pracy, zdobywania stopni naukowych, podróżowania i praktycznie każdej inne działalności człowieka. Możesz powiesić poprzeczkę wysoko, ryzykować, strącić ja wiele razy zanim w końcu ci się uda nad nią przelecieć. O wiele łatwiej jest spojrzeć w górę i powiedzieć – to nie dla mnie, ta tyczka jest taka ciężka, mogę sobie zrobić krzywdę, a poza tym to nikt z moich znajomych nie skacze. Pewne jest jedno – nie zaryzykujesz, nie wyjdziesz ze strefy komfortu, to na miejsce na podium życia nie masz co liczyć.

Nasze droga na ziemi prowadzi od narodzin do śmierci. To jak ja wypełnisz zależy tylko od ciebie. Wykorzystaj je tak jak potrafisz najlepiej, weź chociaż tyczkę do ręki, zmierz się z jej ciężarem, może przebiegnij z nią parę metrów. Możesz spróbować innych sposobów, doczepić do butów sprężyny, zbudować drona, na którym przelecisz, znaleźć grupę ludzi, którzy podsadza cię do góry. To twoje życie i te określasz zasady – ważne, żeby po drugiej stronie poprzeczki zobaczyć to, co jest dla ciebie ważne – miłość, sława, sukces, pieniądze, wolność, szacunek, rodzina. Warto dążyć do tego, przeskakując choćby najwyższe przeszkody.

Na koniec słowo pocieszenia: większość rzeczy niemożliwych osiągnęli ludzie, którzy nie wiedzieli, ze jest to niemożliwe albo wierzyli w to, że tłum się po prostu myli.

Advertisements

Jam jest Andrzej Kmicic…

00911186dd…czyli wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Bardzo modne jest dziś sformułowanie punkt odniesienia. Archimedes powiedział ponad 2 tysiące lat temu “Dajcie mi punkt podparcia a podniosę Ziemię”, Einstein zaś stworzył Teorię Względności a wszystkie trzy prawa dynamiki tez zależą od punktu odniesienia. Najwyraźniej fizycy lubują się w porównaniach.

Okazuje się jednak, że aby zrozumieć rzeczywistość potrzebny jest również mentalny punkt odniesienia, punkt startowy, coś, co pozwala odbiornik naszego umysłu nastroić na właściwy tor poszukiwania. Ktoś całe życie jeździł autobusem, nie zrozumie na czym polega drift 300konnym roadsterem RWD choćby pół życia przegrał w Dirta, Grand Turismo albo Grand Theft Auto lub obejrzał wszystkie odcinki Top Geara, a w szafie trzymał kompletny strój Stiga. Tak samo, nie da się opowiedzieć zachodu słońca na Karaibach, zorzy polarnej na Islandii i wodospadu Salto Angel w Wenezueli.

Z perspektywy paru lat poza Polską, republika bananowa nad Wisłą wygląda zupełnie inaczej niż od środka. Polacy jadąc za granicę oczekują często cudów, tak jak uchodźcy zwabieni do Europy werbalnymi folderami reklamowymi przemytników dziwią się, że dziewice wcale nie czekają na swoich habibi a łapanie dziewczyn za tyłek bez ich zgody nie dojść, że nie jest mile widziane, to jeszcze potem wypomina to niedobra prasa i co gorsze można z tego powodu trafić na komisariat. Cudów nie ma, there is no free lunch i jeśli coś dostałeś za darmo to pewnie kiedyś za to zapłacisz. Karma to dziwka i inne banały, nieprawdaż?

Bardzo lubię Sienkiewicza, mimo, że Gombrowicz uznał go za odpowiednik autora harlequinów początku XX wieku. Lubię piękna polszczyznę, lubię westerny i pewnie dlatego mocno zarysowanych bohaterów. Dzisiaj tak pisze Sapkowski. I bohaterowie Sienkiewicza, i Sapkowskiego są na wskroś polscy: kurwiarze, nicponie, lojalni druhowie, potrafiący dać komuś po ryju przez pannę a potem oddać za niego życie, jeśli trzeba. Dumas pisał tak samo o Francji, ale duch muszkieterów najwyraźniej upadł razem ze zburzeniem Bastylii, ewentualnie został zapomniany w absyntowych oparach przez impresjonistów, po których już nikt tego nie próbował. W krajach, gdzie rycerstwo przez dłuższy czas dominowało nad mieszczaństwem duch Kmicica istnieje do dziś, dzisiejszy odpowiednik szaleńczego strzelania przodkom między oczy potrafi zamienić dom gospodarza w stanie jak po ataku Godzilli. Słowianie i Bałkany bawią się do białego rana tańcząc w oparach alkoholu, są szczerzy do bólu, a klapki na oczy politycznej poprawności nie zasłoniły im do końca realnego spojrzenia na rzeczywistość.

Aby to zauważyć i docenić trzeba wyjechać z Polski na dłużej niż wakacje na Costa Brava albo sezonową prace w holenderskiej szklarni. W belgijskich mieszczuchach będących skrzyżowaniem Smerfów z Gangiem Olsena esencja dulszczyzny tkwi niezmiennie jak złoto w Fort Knox. Te same od ponad 700 lat przaśne rozrywki Schueberfouer w Luksemburgu są jak safari w rolniczym skansenie, gdzie zamiast lwów drapieżnikami są pijani, bogaci potomkowie chłopów.

Może dla kogoś polityczna poprawność na każdym kroku, płytkie rozmowy o pogodzie, pracy, dzieciach, a czasem piłce są atrakcyjne. Mottem Belgów jest ça va bien se passer, czyli “jakoś to będzie”. Są jak drobne cwaniaczki Woody Allena, naciągający na remoncie, dodatkowym czynszu, czy fatalnie poprowadzonej kanalizacji. Polski hydraulik zrobiłby tutaj furorę nie tylko dzięki wygolonej klacie opiętej farmerkami. Ergo, jest rodzinnie, przewidywalnie i nudno do wyrzygania. Do niedawna było również bezpiecznie, ale to już przeszłość, o czym przypomina uzbrojone po zęby wojsko na ulicach. Gdyby szalony alchemik stworzył golema i tchnął w niego duszę Beneluxu to powstałby “urzędnik bankowy niskiego szczebla o charyzmie mokrej ścierki” jak określił premiera Belgii – van Rompuya, będący brytyjskim odpowiednikiem JKM – Farage.

Sąsiedzi się uśmiechają na dzień dobry, a potem będą narzekać, że suszarka na balkonie wystaje ponad barierkę, motocykl robi hałas w garażu i powinieneś go sprowadzać bezgłośnie nawet w ciągu dnia, a poza tym to zużywasz za dużo wody i stawka zbiorcza budynku jest przez to za wysoka. W pracy zapytają jak się masz, ale odpowiedź nie interesuje ich wcale. Będą udawać, że cię lubią, ale tylko po to, żebyś im coś załatwił. Jeśli wyjdziesz na piwo czy kawę po godzinach – słowem klucz będzie networking. Jeśli zamiast rozmawiać z kumplami o wyzwaniach i projektach, wolisz skupić się na wspominaniu tyłka sekretarki (o ile znajdziesz godny uwagi w instytucjach unijnych), następnym razem znajdą oni przekonywujące wytłumaczenie, żeby odmówić. W końcu jesteś męską szowinistyczną świnią, a wypicie więcej niż trzech piw to już alkoholizm.

Marylin Monroe twierdziła, że: “Brak perfekcji jest piękny, szaleństwo jest geniuszem i lepiej być absolutnie niedorzecznym, niż absolutnie nudnym.” W Belgii obrazem szaleństwa są kolorowe ciuchy, o geniuszach media milczą, niedorzeczność to policja, która nie zna ulic wokół komisariatu, a nuda unosi się nad miastem jak smog nad Pekinem dusząc kreatywność i indywidualizm. Celem życia jest 100% konformizmu i uznanie jednorodnie szaroburego społeczeństwa –nękanego przez takie kataklizmy jak brak mleka sojowego do macchiato albo za mało like’ów na Instagramie.

W Polsce, nad ulicami Warszawy unosi się duch wariactwa, który mieli w sobie ułani, pijąc strzemiennego z szabli. Możesz porozmawiać o życiu z każdym bywalcem “wódki i zakąski” i zrobić to kompletnie szczerze. Na ulicach spacerują piękne kobiety, pewne swojej kobiecości i mężczyźni, którzy nadal otwierają im drzwi i okrywają swoim płaszczem. Widzisz w ich oczach ogień, kiedy trzymają się za ręce, czuć w powietrzu atmosferę flirtu i dyskretnego napięcia seksualnego unoszącego się w powietrzu niczym wytworne perfumy. Warszawa, Trójmiasto, Kraków tętnią życiem nocą przetaczając między ludźmi pasje i emocje, rozmowy do rana, obietnice, wizje i plany.

Nawet w pracy czuć kreatywność. Zadaniem pewnego szkolenia było zbudowanie akwarium z puzzli. Niemcy, Francuzi, Holendrzy zawsze budowali ładny kształtny otwarty z góry prostopadłościan. Polacy raz ułożyli prostokąt, wpisując w środku “akwarium”, a innym razem wypełnili worek po puzzlach wodą i wrzucając do niego jeden element twierdzili, że to złota rybka. I chyba nawet nie używali płynnych środków dopingujących.

Tego słowiańskiego ducha na Zachodzie nie ma. Tylko nad Wisłą czuć w powietrzu pokolenia wojów, jeźdźców, rycerzy, szlachty. To tutaj obchodzono noc Kupały i szukano kwiatu paproci. To tutaj pod Hodowem 400 husarzy pokonało 40 tysięcy Tatarów, przebijając grecki wynik spod Termopil. I Kmicic, i Podbipięta i Reinmar z Bielawy tutaj czuliby się u siebie w domu. i ja też jestem u siebie. Tutaj też pozostaje moja serce, w miejscu, gdzie szczerość i przyjaźń jest ważniejsza niż polityczna poprawność i networking. I nawet discopolowa muzyka oraz sandały i skarpety frotte w Jastrzębiej Górze nie są mnie w stanie do tej słowiańskiej duszy zniechęcić.

Oida ouden eidos*…

Reagan-Bush-Laughing

… czyli dlaczego warto słuchać.

Ludzie mówią dużo, szczególnie wtedy, kiedy nikt nie chce ich słuchać. Piszą miliony blogów, których nikt nie chce czytać. Szukają każdej okazji, żeby komuś opowiedzieć jak minął dzień –nie uda się komuś wcisnąć historii w autobusie, to słuchanie tego należy do obowiązków małżonka. Na prawie każdym spotkaniu biznesowym są osoby, które wręcz uwielbiają słyszeć swój głos i skoro nie realizują się śpiewając pod prysznicem, to potrafią prowadzić monolog godzinami. éSpotkania są uznawane za najbardziej męczący sposób marnowania czasu w pracy. W średniowieczu powstała maksyma: “Duas aures habemus et os unum, ut plura audiamus quam loquamur.”, czyli “Mamy dwoje uszu i jedne usta, abyśmy więcej słuchali niż mówili.”, ale z jej zastosowaniem są problemy do dziś.

Jeśli jednak bardzo pragniesz być słuchanym – pozostaje kariera celebryty. Opinii Kardashianek są ciekawe tłumy, złote myśli Króliczków Playboya też najwyraźniej są w cenie patrząc na ich popularność. Rozumiem to, że każdy chętnie obejrzy sobie jogę albo inne ćwiczenia w ich wykonaniu – a przynajmniej brzydsza połowa społeczeństwa o orientacji heteroseksualnej. Natomiast fakt, że Emily Ratajkowski opowiadająca o feminizmie, jako prawie do pokazywania gołego tyłka i piersi bądź Miss czegoś tam dzielące się swoimi przemyśleniami na temat polityki są w obszarze zainteresowań sporej części społeczeństwa pozostaje dla mnie nadal tajemnicą. Skoro jednak 75% Amerykanów utożsamia się z Forestem Gampem, a w polskim Senacie mówi się o wymodleniu dzieci zamiast in vitro, to nie powinienem się chyba dziwić.

Dzisiejsi celebryci to prawdziwi ludzie renesansu, przy których Leonardo da Vinci powinien się poczuć mniejszy niż Robin przy Batmanie. Potrafią śpiewać, tańczyć na parkiecie i na lodzie, gotować, wypowiadać się na tematy polityczne, uczyć zdrowego trybu życia, grać w filmach, uczyć o feminizmie (vide Ratajkowski) albo podróżach (vide Kuźniar) i do tego wyglądając cały czas jak z obrazka. To nawet nie ludzie, ale nadludzie renesansu.

W psychologii nazywa się to efekt halo. Ergo, jeśli ktoś jest ładny bądź popularny przypisywane są mu również takie cechy jak mądrość, szlachetność, dobre serce, inteligencja i oczywiście wiedza na wszystkie możliwe tematy począwszy od gotowania a na fizyce kwantowej kończąc. Mediom to na rękę, celebryta – ambasador marki zwiększy sprzedaż, biznes się domyka, kasa się zgadza, gawiedź się cieszy, wszyscy są zadowoleni. Skutek – suma IQ na świecie pozostaje bez zmian mimo dramatycznie rosnącej populacji.

Posiadamy urządzenie umożliwiające dostęp do całej znanej ludzkości wiedzy – używamy go do oglądania zdjęć kotów i kłótni z nieznajomymi ludźmi. MIT udostępnia online wszystkie swoje kursy, ale wolimy oglądać “Żony Hollywood”. Na Wikipedii są informacje o wszystkim, ale największą oglądalność na YouTube ma Psy z “Gangnam Style”.

Człowiek uczy się na błędach. Można uczyć się na czyichś błędach– ta metoda jest bardzo optymalna z punktu widzenia połamanych kończyn, zmarnowanych pieniędzy, rozbitych samochodów i nocy nie tak upojnych jakbyśmy sobie tego życzyli. Oczywiście przydaje się również w tak banalnych sprawach jak wybór studiów, znalezienie pracy, bądź innego sposobu na zarabianie pieniędzy. Na świecie żyje ponad 7 miliardów ludzi, więc szansa na to, że ktoś miał podobny problem i go rozwiązał jest całkiem spora. Czasem wystarczy poszukać, aczkolwiek szukając odpowiedzi na temat wysypki u dziecka na forach dla mam, gdzie żaden lekarz nigdy zapuścił się w otchłanie nietknięte intelektem, ryzykujesz otrzymaniem tysięcy kompletnie bezwartościowych porad, które wywołają w twojej głowie traumę większą niż tą, kiedy John Connor dowiedział się, że Judgment Day był nieunikniony. Podejście “miliony much nie mogą się mylić”, bardzo popularne w Internecie, pozwala poczuć przynależność do osób, które nękają problemy, ale z pewnością ich nie rozwiąże. Są miejsca, gdzie można znaleźć porady ekspertów – wystarczy ich poszukać.

Słuchanie wymaga pokory, wymaga przyznania się do “Wiem, że nic nie wiem” a to przychodzi nam dość ciężko. Wśród forumowych ekspertów z dewizą “nie wiem, to się wypowiem” możesz z łatwością zabłysnąć, ale nauczysz się niewiele. Wśród profesjonalistów wydasz się z początku mały i stłamszony, ale poczujesz się jak człowiek dostający ogień od Prometeusza. Warto posłuchać ludzi, którzy się na czymś znają nie tylko w sieci, ale przede wszystkim na żywo, zwłaszcza wtedy, kiedy nie chcą za to pieniędzy.

Jeśli jednak jesteś uparty i chcesz wszystko zrobić inaczej i po swojemu, chcesz poczuć się jak prawdziwy wynalazca – próbuj. Ryzykujesz wynalezienie balonu, gdy cały świat lata już samolotami, ale odkrycie czegoś osobiście zawsze daje niesamowitą satysfakcję. Aczkolwiek, jeśli coś nie działało 10 razy, to nie oczekuj, że zadziała za jedenastym, nawet, jeśli to tekst na zagadanie panny w klubie…. Popełnianie błędów to normalna rzecz, o wiele lepsza niż nie podejmowanie ryzyka. Natomiast powtarzanie tych samych błędów w nieskończoność, choćby przy wyborze swojego partnera to głupota. Możesz oczywiście zawsze zwalić winę na otoczenie, trudne dzieciństwo, swojego pecha i co tylko ci przyjdzie do głowy, ale dopóki nie zobaczysz, gdzie jest błąd i nie wyciągniesz z tego lekcji nic się nie zmieni.

Oby nie zakończyło się jak u Jana z Czarnolasu: “Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”

*myślę, więc jestem – Sokrates