Jam jest Andrzej Kmicic…

00911186dd…czyli wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Bardzo modne jest dziś sformułowanie punkt odniesienia. Archimedes powiedział ponad 2 tysiące lat temu “Dajcie mi punkt podparcia a podniosę Ziemię”, Einstein zaś stworzył Teorię Względności a wszystkie trzy prawa dynamiki tez zależą od punktu odniesienia. Najwyraźniej fizycy lubują się w porównaniach.

Okazuje się jednak, że aby zrozumieć rzeczywistość potrzebny jest również mentalny punkt odniesienia, punkt startowy, coś, co pozwala odbiornik naszego umysłu nastroić na właściwy tor poszukiwania. Ktoś całe życie jeździł autobusem, nie zrozumie na czym polega drift 300konnym roadsterem RWD choćby pół życia przegrał w Dirta, Grand Turismo albo Grand Theft Auto lub obejrzał wszystkie odcinki Top Geara, a w szafie trzymał kompletny strój Stiga. Tak samo, nie da się opowiedzieć zachodu słońca na Karaibach, zorzy polarnej na Islandii i wodospadu Salto Angel w Wenezueli.

Z perspektywy paru lat poza Polską, republika bananowa nad Wisłą wygląda zupełnie inaczej niż od środka. Polacy jadąc za granicę oczekują często cudów, tak jak uchodźcy zwabieni do Europy werbalnymi folderami reklamowymi przemytników dziwią się, że dziewice wcale nie czekają na swoich habibi a łapanie dziewczyn za tyłek bez ich zgody nie dojść, że nie jest mile widziane, to jeszcze potem wypomina to niedobra prasa i co gorsze można z tego powodu trafić na komisariat. Cudów nie ma, there is no free lunch i jeśli coś dostałeś za darmo to pewnie kiedyś za to zapłacisz. Karma to dziwka i inne banały, nieprawdaż?

Bardzo lubię Sienkiewicza, mimo, że Gombrowicz uznał go za odpowiednik autora harlequinów początku XX wieku. Lubię piękna polszczyznę, lubię westerny i pewnie dlatego mocno zarysowanych bohaterów. Dzisiaj tak pisze Sapkowski. I bohaterowie Sienkiewicza, i Sapkowskiego są na wskroś polscy: kurwiarze, nicponie, lojalni druhowie, potrafiący dać komuś po ryju przez pannę a potem oddać za niego życie, jeśli trzeba. Dumas pisał tak samo o Francji, ale duch muszkieterów najwyraźniej upadł razem ze zburzeniem Bastylii, ewentualnie został zapomniany w absyntowych oparach przez impresjonistów, po których już nikt tego nie próbował. W krajach, gdzie rycerstwo przez dłuższy czas dominowało nad mieszczaństwem duch Kmicica istnieje do dziś, dzisiejszy odpowiednik szaleńczego strzelania przodkom między oczy potrafi zamienić dom gospodarza w stanie jak po ataku Godzilli. Słowianie i Bałkany bawią się do białego rana tańcząc w oparach alkoholu, są szczerzy do bólu, a klapki na oczy politycznej poprawności nie zasłoniły im do końca realnego spojrzenia na rzeczywistość.

Aby to zauważyć i docenić trzeba wyjechać z Polski na dłużej niż wakacje na Costa Brava albo sezonową prace w holenderskiej szklarni. W belgijskich mieszczuchach będących skrzyżowaniem Smerfów z Gangiem Olsena esencja dulszczyzny tkwi niezmiennie jak złoto w Fort Knox. Te same od ponad 700 lat przaśne rozrywki Schueberfouer w Luksemburgu są jak safari w rolniczym skansenie, gdzie zamiast lwów drapieżnikami są pijani, bogaci potomkowie chłopów.

Może dla kogoś polityczna poprawność na każdym kroku, płytkie rozmowy o pogodzie, pracy, dzieciach, a czasem piłce są atrakcyjne. Mottem Belgów jest ça va bien se passer, czyli “jakoś to będzie”. Są jak drobne cwaniaczki Woody Allena, naciągający na remoncie, dodatkowym czynszu, czy fatalnie poprowadzonej kanalizacji. Polski hydraulik zrobiłby tutaj furorę nie tylko dzięki wygolonej klacie opiętej farmerkami. Ergo, jest rodzinnie, przewidywalnie i nudno do wyrzygania. Do niedawna było również bezpiecznie, ale to już przeszłość, o czym przypomina uzbrojone po zęby wojsko na ulicach. Gdyby szalony alchemik stworzył golema i tchnął w niego duszę Beneluxu to powstałby “urzędnik bankowy niskiego szczebla o charyzmie mokrej ścierki” jak określił premiera Belgii – van Rompuya, będący brytyjskim odpowiednikiem JKM – Farage.

Sąsiedzi się uśmiechają na dzień dobry, a potem będą narzekać, że suszarka na balkonie wystaje ponad barierkę, motocykl robi hałas w garażu i powinieneś go sprowadzać bezgłośnie nawet w ciągu dnia, a poza tym to zużywasz za dużo wody i stawka zbiorcza budynku jest przez to za wysoka. W pracy zapytają jak się masz, ale odpowiedź nie interesuje ich wcale. Będą udawać, że cię lubią, ale tylko po to, żebyś im coś załatwił. Jeśli wyjdziesz na piwo czy kawę po godzinach – słowem klucz będzie networking. Jeśli zamiast rozmawiać z kumplami o wyzwaniach i projektach, wolisz skupić się na wspominaniu tyłka sekretarki (o ile znajdziesz godny uwagi w instytucjach unijnych), następnym razem znajdą oni przekonywujące wytłumaczenie, żeby odmówić. W końcu jesteś męską szowinistyczną świnią, a wypicie więcej niż trzech piw to już alkoholizm.

Marylin Monroe twierdziła, że: “Brak perfekcji jest piękny, szaleństwo jest geniuszem i lepiej być absolutnie niedorzecznym, niż absolutnie nudnym.” W Belgii obrazem szaleństwa są kolorowe ciuchy, o geniuszach media milczą, niedorzeczność to policja, która nie zna ulic wokół komisariatu, a nuda unosi się nad miastem jak smog nad Pekinem dusząc kreatywność i indywidualizm. Celem życia jest 100% konformizmu i uznanie jednorodnie szaroburego społeczeństwa –nękanego przez takie kataklizmy jak brak mleka sojowego do macchiato albo za mało like’ów na Instagramie.

W Polsce, nad ulicami Warszawy unosi się duch wariactwa, który mieli w sobie ułani, pijąc strzemiennego z szabli. Możesz porozmawiać o życiu z każdym bywalcem “wódki i zakąski” i zrobić to kompletnie szczerze. Na ulicach spacerują piękne kobiety, pewne swojej kobiecości i mężczyźni, którzy nadal otwierają im drzwi i okrywają swoim płaszczem. Widzisz w ich oczach ogień, kiedy trzymają się za ręce, czuć w powietrzu atmosferę flirtu i dyskretnego napięcia seksualnego unoszącego się w powietrzu niczym wytworne perfumy. Warszawa, Trójmiasto, Kraków tętnią życiem nocą przetaczając między ludźmi pasje i emocje, rozmowy do rana, obietnice, wizje i plany.

Nawet w pracy czuć kreatywność. Zadaniem pewnego szkolenia było zbudowanie akwarium z puzzli. Niemcy, Francuzi, Holendrzy zawsze budowali ładny kształtny otwarty z góry prostopadłościan. Polacy raz ułożyli prostokąt, wpisując w środku “akwarium”, a innym razem wypełnili worek po puzzlach wodą i wrzucając do niego jeden element twierdzili, że to złota rybka. I chyba nawet nie używali płynnych środków dopingujących.

Tego słowiańskiego ducha na Zachodzie nie ma. Tylko nad Wisłą czuć w powietrzu pokolenia wojów, jeźdźców, rycerzy, szlachty. To tutaj obchodzono noc Kupały i szukano kwiatu paproci. To tutaj pod Hodowem 400 husarzy pokonało 40 tysięcy Tatarów, przebijając grecki wynik spod Termopil. I Kmicic, i Podbipięta i Reinmar z Bielawy tutaj czuliby się u siebie w domu. i ja też jestem u siebie. Tutaj też pozostaje moja serce, w miejscu, gdzie szczerość i przyjaźń jest ważniejsza niż polityczna poprawność i networking. I nawet discopolowa muzyka oraz sandały i skarpety frotte w Jastrzębiej Górze nie są mnie w stanie do tej słowiańskiej duszy zniechęcić.

Advertisements

One thought on “Jam jest Andrzej Kmicic…

  1. betaDG May 25, 2016 / 9:34 am

    mój kraj taki pikny 😉

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s