Nie rób z gęby cholewy

81823243_0601636f32_o

“Trzej muszkieterowie” – klasyk Aleksandra Dumasa, temat powtarzany w filmach, na wschodzie i na zachodzie, w kreskówkach, w serialach i drogich hollywoodzkich produkcjach. Trzech mężnych ludzi, kierujących się zasadą: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Honor, pojedynki, słowem to wszystko, o czym marzy każda białogłowa, która choć raz przeczytała albo obejrzała romans, bądź ostatecznie romantyczną komedię. O honor, swój, kobiety, rodziny, królowej, muszkieter walczył pojedynkował się i był gotowy za niego umrzeć.

Po drugiej stronie globu, w Kraju Kwitnącej Wiśni samurajowie stworzyli Bushido, kodeks kierujący się 7 zasadami:

  • Chugi – umiejętność bezwzględnego oddania się sprawie i pobory wobec zwierzchników
  • Gi – absolutna równowaga ducha i myśli.
  • Jin – miłość i wola pomocy światu.
  • Makoto – wiara w siebie i innych oraz przede wszystkim szczerość.
  • Mieyo – budowanie własnej, doskonałej postawy wobec świata.
  • Rei – grzeczność, kultura, odpowiednie zachowanie.
  • Yu – odwaga i brak strachu.
  • Ko – troska i szacunek dla rodziców.
  • Shin – prawda.

Znowu honor, znowu prawda i szczerość. Plus parę dodatków, na których bazowała feudalna Japonia.

Dzisiejsze społeczeństwo zostało totalnie rozbrojone, więc pojedynkujący się na szable czy pistolety razem z sekundantami bardzo szybko wylądowaliby na komisariacie, a potem w domu wariatów. Może wcześniej film przypadkowego przechodnia znalazły swoje zasłużone miejsca na youtube jako totalna ciekawostka z podejrzeniem produkcji filmowej, randki w ciemno albo reality show.

Biorąc na tapetę jeden z elementów rycerskości: szczerość, prawdę i dotrzymywanie słowa– nic nie stoi na przeszkodzie by dziś spełniać zasadę Makoto i Shin. Odpada co prawda parę zawodów lubujących się w kłamstwie i oszustwach: prawnik, sprzedawca ubezpieczeń i usług finansowych, mainstreamowy dziennikarz, producent reklam oraz oczywiście polityk. Pozostaje nadal ogromna pula zajęć, w których każdy nie będący chronicznym kłamcą niczym bohater grany przez Jima Carry’ego, mógłby się całkiem nieźle odnaleźć. Ergo, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zostać dzisiejszą wersją d’Artagnana.

A jednak nie. Dotrzymywanie słowa czy szczerość nie pojawiły się na liście top 5 a nawet top 10 cech mężczyzny bądź kobiety. Modna jest polityczna poprawność, o której wcześniej już pisałem i taki sposób rozmowy, aby wszyscy czuli się super.

Mistrzowski poziom w tej dziedzinie osiąga język francuski. Pytając Francuza o to czy przyjdzie na twoja imprezę musisz zachować rewolucyjną czujność. Jeśli odpowie: normalement (normalna sprawa), certainement (zdecydowanie) lub sans doubt (bez wątpienia) tzn “może“. Nie wiem jak musi funkcjonować mózg człowieka, żeby łączyć ze sobą te słowa – George Orwell nazywał takie coś dwójmyśleniem, ale jako Anglik był przyzwyczajony do precyzji języka. Pewność, że gość na imprezę zawita daje jedynie sformułowanie sans aucune doubt (bez żadnej wątpliwości). To tylko przykłady, których na pewno język Balzaca i Camus oferuje więcej. Nic dziwnego, że nazywany jest językiem miłości i dyplomacji.

Debata, nawet nie publiczna, ale salonowa, aby nie zostać uznana za prymitywna musi wystrzegać się tematów, które są uznane za passe. Za mowę nienawiści został uznany wierszyk” Murzynek Bambo w Afryce mieszka…”, we Francji nazwa ciastka murzynek również została zmieniona. Podejmowanie tematu różnicy płci i ich zarobków to temat tabu, chyba, że mówi się jak to kobiety maja źle. Podobnie temat wagi, jeśli siedzisz naprzeciwko osoby sumiennie podchodzącej do tematu budowania masy i ignorującej jednocześnie rzeźbę, co daje coś między 150-200kg, to jakakolwiek uwaga dotycząca tego tematu będzie uznana za body shamming. Co z tego, że ryzyko cukrzycy i chorób serca się zwiększa, wszyscy jesteśmy piękni tacy, jacy jesteśmy.

Temat wagi to w ogóle pole minowe. Zawsze rozbrajało mnie pytanie kobiety o to czy w danej sukience wygląda grubo. Nigdy nie zadaje go kobieta, która po postu jest szczupła. Każda odpowiedź jest zła: “tak” – tzn. uważasz ją za grubą – śpisz na sofie, “nie” – a ludzie na przyjęciu zauważą fałdkę bądź fałdę tu i tam – czemu jej nie powiedziałeś? – śpisz na sofie. Jeśli spanie na sofie ci przeszkadza – odpowiedz, “mi się podobasz”.

Znanego z filmów o amerykańskich sądach mówienia: prawdy, całej prawdy i wyłącznie prawdy (the truth all the truth and nothing but the truth) praktycznie się nie spotyka. Za wersję najbardziej do tego zbliżoną można uznać brak kłamstwa. Reszta to koloryzowanie, kalibrowanie, przemilczanie etc. niemiłych elementów. Nikt nie jest szczery za to wszyscy czują się wspaniale. Czyżby konstrukcja psychiczna dzisiejszego człowieka była tak krucha, że szczera opinia zdmuchnie jego pozytywna nastawienie jak tornado domek z kart? Czy w imię klepania się po ramieniu, wymiany głasków i sztucznych uśmiechów musimy zrezygnować ze szczerości?

Innym elementem gry pozorów jest opowiadanie nietworzonych historii. Słyszałem opowieści ludzi, którzy znaleźli w Alpach na nartach sztabkę złota, palili papierosa przy wraku swojego rozbitego samolotu, czy byli snajperami w Afganistanie nie wychylając nigdy nosa z Warszawy. Przyjaciel dobrze znanego wszystkim Wiedźmina Geralta – Jaskier mówił, że opowiadać trzeba niekoniecznie prawdziwie, ale ciekawie, chyba jednak istnieją jakieś granice dobrego smaku? Chociaż bardziej niż o mitomanii opowiadającego, świadczą takie historie o IQ słuchaczy.

Również kompletnie nie rozumiem zjawiska udawania innego wyglądu w necie. Znam osoby, zwłaszcza kobiety, które nad makijażem, przygotowaniem zdjęcia a potem photoshopem spędzają ogromne ilości godzin. Na koniec zaś ich zdjęcia lądują na instagramie, tinderze i badoo. Wyglądają tak ślicznie, że nogi rwą się same do biegu do Tiffaniego po obrączkę. Niestety przy poznaniu w realu absztyfikant prędzej obrączkę połknie niż założy ją na palec wybranki. Po co ta maskarada? Chodzi o lajki, o dopieszczenie swojego ego? Gdyby czas przeznaczony na upiększanie wirtualne wykorzystały na zbilansowanie diety, trochę ćwiczeń czy choćby wizytę u stylistki i kosmetyczki – skutek byłby realny i obrączka zamiast w przełyku wylądowałaby na palcu.

Pozostaję niepoprawnym zwolennikiem najgorszej prawdy nad najpiękniejsze kłamstwo i wiem, że należę do zdecydowanej mniejszości. Jedna z najważniejszych cech prowadzących do szczęścia to szczerość wobec samego siebie.

Advertisements

TGIF

baab89eb44741de968c20701bb3dfe0c

…czyli Dzięki Bogu Już Piątek.

Istnieje cała gama memów, rysunków, komiksów i filmów gloryfikujących piątki i oskarżających poniedziałki o wszystko, co w życiu najgorsze. Istnieje Blue Monday, poniedziałek, w którym popełnia się na świecie największą liczbę samobójstw. Im bliżej do weekendu tym morale populacji wyższe, niczym nastrój niedopitych imprezowiczów docierających do sklepu całodobowego. Powstała nawet sieć restauracji wielbiąca piątki, nazywając się TGI Friday. Uwielbienie dla piątku jest równie potężne, co nienawiść do poniedziałku.

Powód – niby oczywisty – pięciodniowy tydzień pracy – potem zasłużony weekend, wyjazd na działkę, chlanie na umór, modne miejscówki nad Wisłą, wyjazd na 2 dni do Paryża, Barcelony czy Mediolanu, a w wersji oszczędnej spokojny czas na pochłonięcie zaległych odcinków ulubionych seriali na Netflixie. Alleluja, radujmy się – dwa dni wolne. Po 48 godzinach wolności wracasz na pięć dni do kieratu – i tak przez kilkadziesiąt lat.

Nikt nie zadaje sobie pytania dlaczego tak jest, tylko wstaje, wychodzi z domu i pcha swój syzyfowy kamień codziennie na górę, 5 dni w tygodniu, 230 w roku i 10 000 w ciągu całego życia! Ktoś urodzony w PRLu, oglądając codziennie plakaty p.t. Praca najwyższą wartością człowieka miał do wyboru taśmę produkcyjną w fabryce albo kasę w GSie, więc nawet nie wiedział, że można inaczej, bo półtora kanału telewizyjnego TVP mu o tym nie powiedziało.

Dzisiaj jest trochę inaczej, w dobie globalizacji, american dream i kochania swojej pracy każdy ma szanse i możliwości. Media trąbią o millenialsach, mogących zostać kim chcą, nieograniczonych wyborach, młodych zakładających milionowe firmy i tworzących unicorny* w Dolinie Krzemowej, po prostu sielanka.

Jeśli jednak wybierzesz się do przysłowiowego Sosnowca albo Radomia ujrzysz obraz namalowany przez rzeczywistość odbiegający od dolce vita tak samo dalece jak Lady Gaga złapana przez paparazzi po dobrej imprezie, od jej zdjęcia w Vogue. Nad ranem widzisz ludzi ciągnących się niczym mgła nad zamulonym jeziorem do swoich ekscytujących zajęć w centrum logistycznym Amazona, na kasie w Biedronce albo jako sprzedawca ubezpieczeń. Dziwisz się, że jedynym ich marzeniem jest wrócić w piątek z roboty i zapomnieć o niej do poniedziałku?

George Orwell pisał, że zamienia się miejscami klasa średnia i wysoka a prole (czyli proletariusze) zostają prolami. Dziś nazywa się ich prekariuszami, walczy o nich Razem (w Polsce) i Podemos (w Hiszpani), ale zasada się nie zmienia. Nie ma znaczenia ile klawiszy na klawiaturze zetrze Thomas Piketty wypisując prace na temat niesprawiedliwości społecznych. Bogaci nie oddadzą władzy, nie zrezygnują ze swojej uprzywilejowanej pozycji, jeśli będzie trzeba zapłacą komu trzeba, a lobbyści i parlamentarzyści będą spędzać radośnie kolejne wakacje na ich jachtach. Historia pokazuje, że rewolucja kończy się z reguły tak samo dobrze jak rozpalanie przez harcerzy ogniska benzyną, szybki wybuch a potem sprawdzanie, który ma bardziej spalone brwi i włosy.

Można walczyć z całym światem, ale kończy się wtedy jak Don Kiszot. Można walczyć ze złem, które jest wokoło w najbliższej okolicy albo można walczyć chociaż o siebie. W życiu mamy to, na co się zgadzamy, jeśli bierzemy pracę za psie pieniądze i nie szukamy innych opcji to takie życie będziemy mieć. Jeśli ktoś uzna, że nauka jezyków obcych to dziwny wymysł, zamiast skończyć studia techniczne lepiej iść na turystykę i krajoznawstwo, uważa, że wyprawa w poszukiwaniu pracy do sąsiedniego miasta to przedsięwzięcie godne Krzysztofa Kolumba to jest sobie sam winien.

Ratowanie świata to ciężki kawałek chleba, bo świat bardzo nie chce być uratowany. Woli liczyć na łut szczęścia w loterii, zamiast cos zmienić. Bez ryzyka nie ma zabawy, są tego świadomi nawet wyznawcy YOLO, czyli żyjesz tylko raz.

A jednak codziennie rano jest tak jak śpiewał Kabaret Tey:

Ja was widziałem o świcie w tramwaju,
Bo powracałem luźno sobie z balu,

Zawsze myślałem, że rano w tych tramwajach,
Jest wesoluśko, że radość was upaja,
A tu Garbary, szare mary Tuchobole Zdrój,
Dlaczego? Ludu ty Mój?

W oryginale podmiot liryczny usiłuje zmienić ponure nastawienie współpasażerów

I jak ten natchniony poeta Horacy zawołałem…
LUDZIE!!! KOCHANI… COŚCIE TACY SMUTNI???
PRZECIE JEDZIECIE DO PRACY!!

ale pewnie dzis skończyłby na OIOMie, a w najlepszym wypadku jako dziwak na facebookowym filmie.

Może to nie poniedziałki są złe, tylko ludzie mają robotę do dupy?

* unicorn – start-up wyceniany na co najmniej miliard dolarów

Czy jesteś gotowy na sukces?

goldfish jumping out of the water

Proste, ale nieco podchwytliwe pytanie, które mógłby zadać Wojciech Mann w “Szansie na sukces” – czy jesteś gotowy na triumf, na wygraną, na zdobycie złotego medalu? Odpowiedź prosta – dla każdego, kto nie ma nic przeciwko odbieraniu medali na podium albo fleszom paparazzi na czerwonym dywanie. Taka osoba widzi tylko ostatni etap drogi, czyli radość z sukcesu i odbieranie pochwał i gratulacji.

Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie Mefistofeles, tak jak do Twardowskiego i obiecuje osiągnięcie sukcesu. Musisz tylko krwią podpisać cyrograf. Zgadzasz się? Małym druczkiem jest napisane, że przez 10 lat będziesz musiał go słuchać, a on jak po szynach zaprowadzi cię prosto na szczyt. 10 lat za sukces, warto?

Czy potrzebujesz diabła, żeby osiągnąć to, co chcesz?

Arnold Schwarzenegger – w wieku 15 lat zabrał się za siłownie; ćwiczył po 4h 7 dni w tygodniu a czasem, kiedy wychodził aż rzygał ze zmęczenia. W wieku 20 lat został Mr Uniwersum. Nie poszedł nawet na pogrzeb swojego ojca, bo jak twierdził ćwiczył do konkursu.

Henry Ford bankrutował 5 razy zanim udało mu się założyć Ford Motor Company, która odniosła sukces.

Harlanda Davida Sandersa pewnie nie kojarzysz, ale KFC znasz. Colonel Sanders był jego założycielem. Odwiedził 1009 restauracji, zanim pierwsza z nich zgodziła się użyć jego przepisu.

Vincent Van Gogh przez całe życie sprzedał tylko jeden obraz, do tego przyjacielowi I za niewielkie pieniądze. A dzisiaj zna go prawie każdy.

Każdy chce odbierać medale i nagrody, ale nie każdy jest świadomy ile energii i wysiłku jest potrzebne. Osiągnięcie czegoś wyjątkowego to krew, pot i łzy. To wielokrotne wychodzenie ze strefy komfortu, to ciągła walka ze światem i ze samym sobą.

Nawet jeśli nie mierzysz w sam szczyt osiągnięcie czegoś wyjątkowego nie jest za darmo. Przebiegnięcie maratonu to zdarte stopy, to kilometry na bieżni i w plenerze, czasem w deszczu. Znalezienie dobrej roboty to setki albo tysiące wysłanych CV. Granie na gitarze, nawet w przeciętnym zespole to godziny prób i palce zdarte od strun. Założenie własnej kancelarii prawniczej to tyranie po 12-16 godzin przez parę lat np. Baker & McKenzie aż zdobędziesz jakąś rozpoznawalność w branży.

Załóżmy, że przez parę ostatnich lat więcej czasu spędzałeś w restauracjach niż ćwicząc. Zebrałeś trochę kilo a jedyny rekord, jakim możesz się pochwalić to BMI przekraczające 30. Great success! Jak mawia Borat. A chciałbyś jednak trochę lepiej wyglądać, lekarz delikatnie sugeruje trochę ćwiczeń, a żona boi się spać w jednym łóżku, bo możesz ja śmiertelnie przygnieść. Wystarczy codziennie nastawić budzik o godzinę wcześniej, wstać i przepłynąć na początek parę długości basenu lub przetruchtać parę kilometrów i już będzie znaczna poprawa. Zdobędziesz się na to?

Każdy z nas jest do pewnego stopnia leniwy. Nikt nie lubi bólu, wysiłku i upokorzenia chyba, że akurat ma w sobie gen masochisty. Strefa komfortu ma przyjemny dotyk miękkiej pierzyny, ciepłej pidżamy i kota. Jakieś banalne wytłumaczenie: “zacznę pojutrze”, “dziś pada”, “jakiś zmęczony jestem” itd. zawsze się znajdzie.

Sukces, zanim zmaterializuje się w postaci czerwonego dywanu, medali, wywiadów i długiego szeregu cyfr na koncie to ciężka orka. Często nawet bardzo mało znaczący dywan, gratulacje od koleżanek i skromne cyfry na koncie wymagają zaciśnięcia zębów i pchania przed sobą kamienia jak Syzyf.

Zatem zapytam jeszcze raz: Czy jesteś gotowy na sukces?

Big Bang

b1187cddcf3e0ba719d852c5dc81677d_large

Według świętego Jana “Na początku było słowo”. Nauka zaś twierdzi, że 13.8 miliardów lat temu pustka wybuchła – z bardzo gęstej i gorącej osobliwości początkowej wyłonił się Wszechświat. Nie tydzień pracy Stwórcy urobionego w glinie po łokcie, nie powabna kobieta wyłaniająca się z morskiej piany i nie Yggdrasil, prastary jesion łączący dziewięć światów. Teorii opisujących ten moment jest sporo, najtęższe umysły tego świata dwoją i się i troją, aby wyjaśnić skąd, jak i po co pojawił się Wszechświat. Nadal mogą powiedzieć jedynie “Wiem, że nic nie wiem”. Liczby definiujące czas, energie, gęstość i inne stałe fizyczne w momencie powstania są niewyobrażalnie ogromne albo mikroskopowe jak np. temperatura 1.42 x 1032 kelwina albo 10−43 sekundy (dla Epoki Plancka). Dla porównania temperatura w środku Słońca to 1.5 x 1016 kelwina (czyli o połowę mniej zer) a światło, żeby dotrzeć z twojego smartfona do twojego oka potrzebuje 10−9 s.

Wyobraź sobie, że wiek Wszechświata to cały rok. Nie wiem ile masz lat, ale jeśli właśnie obchodzisz setne urodziny to oznacza, że w wieku Wszechświata urodziłeś się ćwierć sekundy przed północą w Sylwestra. Homo Sapiens, czyli współczesny człowiek pojawił się 7.5 minuty wcześniej. Jesteśmy na Ziemi i we Wszechświecie zjawiskiem nowym i dość krótkim.

Ilość gwiazd we Wszechświecie widzialnym to 300 tryliardów. Gdyby Mały Książę chciał spędzić na każdej z nich sekundę to musiałby żyć 700 tysięcy razy dłużej niż cały Wszechświat.

Ludzkość, ty i ja jesteśmy mikroskopijnie małym elementem. Wszechświat jest ogromny, ma jednak początek i prawdopodobnie też koniec. Nie jesteśmy dla niego nawet tak ważni jak jedna mała komórka naszego ciała dla nas. W skali, która znasz z Gwiezdnych Wojen i Star Treka nie należy się nam nawet status slumsu na peryferiach galaktyki. A jednak istniejemy. Przetrwaliśmy jako Homo Sapiens 200 tysięcy lat, historią sięgamy kilka tysięcy lat wstecz i nadal ją piszemy. Każdy z nas.

Można się skupić na wegetacji, codziennie chodzić do fabryki, wracać, oglądać telewizje, nie zauważać nawet jak dzieci z niemowlaków przeistaczają się w kilkulatki, nastolatki, obchodzą osiemnastkę, wyfruwają z domu, przyprowadzają żonę bądź męża. A potem pojawiają się wnuki. I nawet nie wiesz jak to się stało, że do drzwi puka ponury kosiarz. Nie przychodzi ani po chomika ani po kota, ale po ciebie.

Można spróbować przyłączyć się do tych, co rozwiązują zagadkę powstania Wszechświata, próbować zajrzeć w jego najdalszy zakątek albo w mikroskopijne przestrzenie atomów, rozbijać protony i podziwiać kwarki. Może gdzieś tam między wierszami rzeczywistości jest zapisany sens wszystkiego, może jest tam wizytówka tych, którzy są odpowiedzialni za powstanie rzeczywistości, może ich adres, pod który należy się udać, żeby wszystko zrozumieć.

Marzenia o nieśmiertelności są piękne. Żyć wiecznie… Może za kilkadziesiąt, kilkaset lat śmierć fizyczna nie będzie już problemem. Ale oznacza to tylko przesunięcie w czasie granicy śmierci. Słońce kiedyś zgaśnie, życie na Ziemi zniknie. Wszechświat wystygnie, a entropia rozproszy wszystkie ślady energii w nieskończonej nicości. Życie będzie musiało skapitulować. Perspektywa jest dość pesymistyczna. I nieodwracalna.

W odpowiednio długim horyzoncie czasu wszyscy jesteśmy martwi. Chyba, że znajdziemy odpowiedź na zagadkę skąd, jak i po co. Może warto się przyłączyć do poszukiwań?

Rozmowy o pogodzie…

f_and_p6

… czyli poprawność polityczna dla każdego.

Nocne Polaków rozmowy to wyjątkowa koncepcja. Wtedy najczęściej po kilku wódkach człowiek chętniej zdradza, co mu leży na wątrobie. Idealna metoda na pokłócenie się o partie polityczne, reprezentacje piłkarską, wyższość wódki nad piwem, imigrantami, pensja minimalną i każdy inny zapalny element naszej rzeczywistości. Szczerze, bez owijania w bawełnę, nadwrażliwy człowiek o słabszych nerwach poczuję się po takim wieczorze jak przejechany przez walec uczuć, szczególnie złości i nienawiści. Czasem oprócz obitej duszy można zakończyć dyskusje z obitą gębą, kiedy do argumentów słownych są dodane argumenty siłowe. Kto był na weselu w remizie to wie jak to się czasem kończy.

Na drugim biegunie rozmów są networkingowe spotkania np. w Brukseli. Tutaj wykazanie się szczerością w najmniejszym stopniu nie jest mile widziane. Można rozmawiać o pogodzie, o kuchni, która fascynują się wszyscy ostatecznie bieganiem, które staje się wszędzie coraz bardziej modne. Oczywiście, jeśli powiesz, że bieganie to domena czarnych zostaniesz uznany za rasistę, nawet, jeśli powiesz, że to Afroamerykanie i tak będzie to uznane za nietakt. Gdy wymsknie ci się z ust opinia, że kobiety są gorszymi biegaczkami, kierowcami czy kucharzami zostajesz szowinista i seksistą. Taka rozmowa to jak stąpanie po polu minowym, gdzie każde szczere słowo może eksplodować w twarz opinią chama i prostaka.

Zapytany How are you? albo Ça va? czyli Co słychać? nie możesz odpowiedzieć szczerze, bo zostaniesz uznany za niekulturalnego. Poprawna odpowiedź to super, extra albo rewelacyjnie. Nie ma znaczenia, czy właśnie wywalili cię z pracy, żona odeszła, chomik zdechł a dodatkowo ktoś ukradł ci rower. Pytającego kompletnie nie interesuje odpowiedź, ale rytuał nakazuje zapytać i poprawnie odpowiedzieć. Jakikolwiek przejaw szczerości albo wyjawiania swoich opinii na jakikolwiek istotny temat to wyraz prostactwa. Masz prowadzić small talk, czyli rozmowę o niczym. Szczerze możesz jedynie wymienić wizytówki i pogadać na temat jak by można razem zrobić biznes. Próba poruszenia jakiegokolwiek tematu, niosącego za sobą jakiekolwiek emocje to puszczanie bąków na sali balowej.

Tworzy się idylliczny obrazek społeczeństwa, które zachowuje się jakby wszystko było idealne. Nic złego się nie dzieje, bo tematów ryzykownych nikt nie porusza. Struś chowający głowę w piasek również nie widzi niebezpieczeństwa. W zasadzie w ogóle nic nie widzi. Polityczna poprawność to takie widzenie wszystkiego tak jak trzeba, bez emocji, bez wyrażania opinii. W wersji ekstremum, nie wolno przepuścić kobiety w drzwiach, powiedzieć jej komplementu lub podać płaszcza. Nie można nazwać ciastka murzynek bez posądzenia o rasizm, nie można wywiesić flagi w oknie bez posądzenia o nacjonalizm, a z terrorem można walczyć jedynie kredkami, bądź jedząc swoje ulubione fondue serowe przy Republique w Paryżu.

Społeczeństwo takie w przypadku terroryzmu czy nawet zwykłej klęski żywiołowej nie ma szans się obranić. Na przykład Norweg, Karsten Nordal Hauken został brutalnie zgwałcony przez uchodźcę z Somalii. Teraz jednak czuje się “głęboko winny”, że jego oprawca zostanie deportowany do swojego kraju pochodzenia. Jezus uznałby, że nadstawienie drugiego policzka, lub w tym przypadku pośladka, to cudowny gest, jednak z punktu widzenie Darwina i słynnego survival of the fittest jest to strzał w stopę. W Nowym Orleanie podczas powodzi wyszły na jaw zachowania zgoła odmienne od szlachetnego, gangi łupiły sklepy i mieszkania pakując splądrowany materiał na łódki, kiedy policja była zajęta ratowaniem ludzi. Co kraj to obyczaj. Przypuszczam jednak, że zdolność gangstera z USA do przeżycia w ciężkich warunkach przewyższa podobne umiejętności samarytanina z Norwegii.

Cywilizacja tępych osiłków stosujących prawo pięści nie przetrzyma próby czasu. Społeczeństwo udające, że wszystko jest ok, kiedy do idyllicznego obrazka brakuje sporo, skończy jak każda miłująca pokój osada najechana przez barbarzyńców. Prawa ewolucji są nieubłagane zarówno dla jednostki, dla społeczności a w końcu i dla całej cywilizacji. Ogon pawia pomaga podczas godów, ale jeśli będzie przeszkodą nie do pokonania w ucieczce przed drapieżnikami zniknie w ciągu jednego pokolenia. Polityczna poprawność to taki ogon, który powoduje, że wszyscy czują się dobrze, przekonują się, że drapieżników nie ma i dopóki jest bezpiecznie mogą mamić nim swoje wybranki. Ciekawe jak długo jego ciężar będzie można nosić bez większego zagrożenia…